Burza emocji. Huragan wręcz. Nie cierpię tego uczucia. Nie mam pojęcia jak się uspokoić, a kolejne fale przychodzą coraz wyższe, mocniejsze, coraz trudniej im uciec. W każdym razie dzisiaj czułam się fatalnie. Od momentu kiedy wstałam nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Miałam nawał obowiązków, a mimo to niewiele zrobiłam. Nic mnie nie zadowala, w niczym nie mogę się odnaleźć. Ciągle czegoś mi brakuje, snuję się jak cień po mieszkaniu. Mam ochotę na długi spacer, ale nic z tego nie wychodzi. Tęsknię do świąt, ale tegoroczne nie będą w komplecie, stąd też trochę mi przykro. Słucham muzyki, oddaję się wspomnieniom, nie są piękne. A muzyka wcale nie koi bólu i tęsknoty. Zastanawiam się ile jeszcze mnie czeka przykrych wrażeń zanim powiem sobie wreszcie z uśmiechem: cholera, jestem naprawdę szczęśliwa. Czy w ogóle kiedyś wypowiem takie zdanie?
Myślę o ludziach, którzy przewinęli się przez moje życie. Pojawili się na parę sekund, albo zawitali na dłużej , niektórzy zatrzymali się i idą teraz przy mnie, choć niestety są daleko. Ironia. Paradoks.
Wszystko pozytywne i wszystko przerażające zarazem zaczęło się od pierwszej gimnazjum. Do tej pory nie wiem czy zniszczył mnie internat , z dala od domu, w zamknięciu, w tak okrutnym miejscu, o którym czasem wolę nie pamiętać, czy może znajomi, towarzystwo, przez które tak wiele wycierpiałam , utraciłam. Bezpowrotnie. Ale przynajmniej poznałam życie. Krok po kroku , od każdej jego strony.
Tam po raz pierwszy otworzyłam się na ludzi, spędzałam ze znajomymi 24 godziny. Pobudka, śniadanie, szkoła, obiad, czas wolny, nauka, spotkania wieczorne, noc.
Tęsknię za tym momentami jak za niczym innym. Za wieczornym graniem na gitarze i bieganiem po tym pięknym ogrodzie. Za przeskakiwaniem opancerzonej bramy, i uciekaniem przed kamerami, za adrenaliną zbyt późnego powrotu do internatu. Tęsknię za oczami tego jedynego chłopaka ze wszystkich wszystkich , którzy tam byli. Sprawiał , że byłam wesoła cały czas, że wstawałam rano i biegłam na korytarz czekając kiedy przyjdzie, z którym wylewałam na siebie litry wody w lany poniedziałek, z którym grałam całymi godzinami w siatkę..., który pewnego dnia powiedział, że wyjeżdża i już go nie będzie. Tęsknię za uśmiechem przyjaciółki, która sprawiała, że zaczynałam wierzyć w lepszy świat, tęsknię za tymi ognikami figlarnymi w jej oczach, za wygłupami całymi godzinami, za spacerami i kilogramami słodyczy, które przemycałyśmy do pokoi. Tęsknię za znajomymi ze szkolnej ławki, którzy zawsze przeistaczali nudne zajęcia w coś pozytywnego. Za wychowawcami też , mimo, że wielokrotnie płakałam w poduszkę tęskniąc do domu, będąc setki kilometrów od rodziny. Ale wiem, że czegoś to wszystko mnie nauczyło. Teraz.. teraz Ci ludzie porozchodzili się gdzieś daleko jedno od drugiego. Nawet internet nie jest w stanie sprawić, że znów poczuję się przy nich tak dobrze.
Minęły lata, a ja przeprowadziłam się w obce miejsce. Ci znajomi stali się chłodni i obojętni. Nauczyłam się tego samego.
I przestaję powoli wierzyć, że to da się naprawić.
Pojawiła się kolejna przyjaciółka . Teraz to słowo zaczęło nabierać innego , bardziej pozytywnego znaczenia.
Ale strach przed życiem, tym jak wszystko się potoczy jest chyba ciut silniejszy niż szczęście, które chce przebić się przez mój pancerz. Okropna walka.
Dam radę? Nie mam pojęcia czy dam. Tyle razy mówiłam sobie: deficytowa, szklana, z kamienia..
I co? I nic. Nie jestem.
weak.weak.weak.weak.weak.
pieprzona bezsilność.
I ta kłótnia dziś. Z panem M. Zupełnie niepotrzebna. Przez którą tak bardzo mi przykro.
Nie chcę żeby tak było. Wszystko się wykrusza. Sypie. Wszystko się psuje. Wszystko to, co chciałabym zatrzymać przy sobie. Zostawić tak jak jest, nieuszkodzone.
Poznać, pomóc, uśmiechnąć się i poczuć, że wszystko jest w porządku.
Nagrałeś dla mnie piękną piosenkę. Słucham jej już chyba 7 raz. Nawet pisze mi się lżej. :)
Dziękuję. Bardzo dziękuję.
A teraz wdech i wydech. Już się uspokoiłam.
Wanekon przełożony?! Jak to?! Jak mogli w ogóle?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz