środa, 30 marca 2011

Play in team.

Wczorajsze szkolenie było tak nudne, że ledwo to zniosłam. Studiowanie regulaminu, który mnie jako agentki nie obowiązuje...coś strasznego, ale szybko zleciało. Rozmowa z liderem też była miła, choć może za szybko wszystko tłumaczył. Rozmowy symulowane były przełożone na dzisiaj, ale nabawiłam się zapalenia oskrzeli i przy okazji straciłam głos. Słodko.
Jutro muszę się zjawić w pracy. Przez noc może choć trochę mi przejdzie...Bardzo niefajnie, ale nie widzę innej opcji. MUSZĘ tam być. MUSZĘ dokończyć szkolenie, bo w piątek podpisanie umowy... Ehh
Dzisiaj rozmawiałam z moją Katt, milej mi się zrobiło. Tęsknię strasznie...Ale już w czerwcu spędzę z nią całe długie trzy dni bez przerwy - nie mogę się doczekać!
Chciałabym wyrwać się do Wrocławia, zrobiło się tak ładnie, przyszła wiosna, a ja chcę...bardzo bardzo bardzo chcę! 
Może środek kwietnia, może początek maja... :(
Dziś jednak nie piszę planów na przyszłość, dzisiaj siedzę we wspomnieniach i doszukuję się najmilszych. 
Powoli ogarnia mnie przyjemne uczucie i świadomość, że to co było nie może mnie już zranić. To bardzo dużo. Bo mogę wykreślić złe momenty i zająć się tym, co warto jest wspominać.

poniedziałek, 28 marca 2011

Pierwsze porządne zmęczenie.

Jestem na nogach od 8. Jest 23. Dopiero zdążyłam dotrzeć do domu i zrobić sobie herbatę. Spóźniłam się do pracy, bo Monic ugrzęzła w korkach. Czekałam na nią dobre 15 minut. Ale Magda nam jakoś to puściła płazem. Szkolenie oczywiście tak jak zapowiedziała w piątek, rozpoczęła testem, który zarówno ja , jak i Monic zaliczyłyśmy na 100 % . 
Ok, jestem z siebie dumna biorąc pod uwagę, że było sporo materiału i mało czasu.
Jednak dzisiejsza dawka informacji po prostu mnie przybiła do podłogi i nie mam siły się podnieść. Jeszcze zapowiedziany na jutro na 11 test... ja nie mam pojęcia jak się przygotuję. Dodatkowo jutro szkolenie już z liderami... Aż strach pomyśleć co to będzie.
No i tak jak się obawiałam straciłam głos. Nie mam pojęcia jak jutro sobie poradzę skoro od dobrych paru godzin ledwo coś mruczę, a w domu nie mam odpowiednich leków. 
Chyba spróbuję się podleczyć jakimś miodem z cytryną... o.O
Zaopatrzyłam się w napoje z żelazem (smakuje i wygląda jak krew!) i detox z cynkiem <3 . Muszę wreszcie zadbać o to zdrowie. 
Jestem zadowolona.
Dobra, uciekam do nauki. Nie wiem, czy się wyrobię.

niedziela, 27 marca 2011

Dalekosiężne plany.

Zastanawiało mnie dzisiaj jak teraz wygląda ocena ludzkich planów. Z góry zawsze są przekreślane, ktoś wiecznie musi podcinać skrzydła, a później całość ubiera w tzw. 'słomiany zapał'.
Można mieć dwa rodzaje planów na przyszłość: takie, które realizujemy, odhaczamy, trwa to chwilę i na tym się kończy i takie, przy których nie wolno się zatrzymywać.
Np. taka książka... Można ją napisać i na tym koniec, można ją mieć w domu dla swojej satysfakcji. Nic poza tym. Można ją też napisać i wydać. To już coś. Ale nie wydajemy książki po to, żeby na nią popatrzeć na półkach. Wydajemy ją po to, żeby osiągnąć sukces. Można także napisać ją, wydać, osiągnąć sukces w kraju, przetłumaczyć i spróbować swoich sił za granicą. 
Często jednak bywa tak, że przy zdaniu: napiszę książkę  - pada milion słów, które wcale nie motywują do działania, wręcz przeciwnie.
To śmieszne. Dla mnie piękne jest to, że mam o czym marzyć, że mam plany, cele, że nie skupiają się na kilku dniach wprzód, ale sięgają o wiele dalej. To da mi satysfakcję, spełnienie. Naprawdę jest mi obojętne zdanie ludzi, którzy zatrzymali się na pewnym etapie swojego życia i nie robią nic dalej, bo po co... 
Prawdą jest, że mam w głowie tysiące pomysłów, których nie da się zrealizować od razu, bo każdy z nich zabrałby sporo czasu. Ale wiem, że wybiorę najważniejsze i po kolei będę próbowała realizować każdy z nich. 
Życie jest krótkie, ale wystarczająco długie by próbować coś z nim zrobić.
Wreszcie uporządkowałam myśli. Będę mogła usiąść ponownie do książki. Faktem jest, że nie bardzo teraz mam na to czas, ale po 8 godzinach pracy mogę potraktować to jako relaks.

piątek, 25 marca 2011

Szkolenie.

Wiecie jakie to straszne uczucie wstawać o 6 rano mimo, że do pracy miałam na 10? 
Okrutny budzik nie pozwolił mi dłużej pospać. Mimo wszystko przeżyłam. Pomyliłam przystanki i ledwo co się wyrobiłam, ale w ostateczności o równej 10 wpadłam do konferencyjnej z Monic. 
Przedstawianie się na początku tak mnie rozbawiło, że do końca szkolenia miałam głupawkę. Tak to zorganizowali, że do głowy przychodziło mi tylko jedno skojarzenie: AA ^^
I nie dałam rady sobie tego wybić z głowy. No, ale... prócz śmiechu i żartów była praca i wkuwanie dość dużej dawki informacji. 
W poniedziałek mam test i sporo materiałów, więc muszę się nauczyć, zwłaszcza, że to test zaliczeniowy, a bardzo zależy mi na umowie. 
Czuję pewien niedosyt. Być może spowodowane to jest monotonią jaka ostatnio wkradła się do mojego życia, a dzisiejsze wyjście było nowością i chciałabym więcej. Tymczasem zaczyna się weekend i praca dopiero w poniedziałek. Mam nadzieję, że zajmę się nauką, nic mnie nie rozproszy i dam radę, bo ostatnio na niczym nie mogę się skupić.
Cóż...dziś miałam się wybrać na łyżwy, ale oczywiście tak jak przewidziałam, Eli coś wypadło no i nie mogła, prócz tego gdzieś zapodziała sprzęt. Jak można nie znaleźć łyżew?! Przecież to duże do jasnej cholery!
Potrzebuję jakiejś drastycznej zmiany. Jak widać praca daje mi za małego kopa.
Przeglądałam z Monic węże. Choruję na Blizzarda, ale podoba mi się też szkarłatny i czarny. Trzech raczej nie będę mieć, a mam 4 miesiące na ostateczny wybór zwierza. Ciekawe co mi przez ten czas strzeli do głowy.
Dzisiaj zastanawiałyśmy się gdzie pojechać na wycieczkę. Pominęłyśmy oklepany Paryż i stanęło na Anglii. W grę wchodziła Transylwania, ale to chyba późniejszy termin. 
W każdym razie Anglia Anglia Anglia raz jeszcze do zrealizowania na początku lata . Amazing!

czwartek, 24 marca 2011

Praca.

Dzień zaczął się od 6 rano kiedy zadzwonił piekielny budzik. Świeciło lekko słońce, byłam niewyspana i przemarznięta. Jednak! Na 8 byłam umówiona z Monic, więc musiałam się zwlec siłą z łóżka. Udało mi się! Nawet nie spóźniłam się na tramwaj! Pojechałyśmy we dwie na rozmowę kwalifikacyjną, która okazała się jednym małym pytaniem^^
Mam nową, uroczą, młodziutką szefową, szkolenie zaczynam od jutra i wszystkie weekendy mam wolne. Cieszę się. Wreszcie jakaś zmiana. Na dodatek praca popołudniowa i z Monic. Miło.
To pierwsza z kilku zmian, jakie teraz mnie czekają. Ale wszystko w swoim czasie. 
Wiosna do nas przyszła. <3 Jest idealnie.
W niedzielę...zmiana czasu i spanie godzinę krócej. Muszę szybko się przestawić.

środa, 23 marca 2011

Wiosna - dużo zmian.

Przyszła wreszcie upragniona wiosna. Czuję przyjemne słońce przeplatające się z wiatrem. Kocham tę porę roku. Dodaje mi sił i chęci do zmian. Wreszcie coś nowego. Tak mi się przynajmniej wydaje. Od rana mam ochotę do działania, może i zasypiam późno w nocy, ale wstaję rano wypoczęta. Zimą spałam jak niedźwiedź niezdolna do czegokolwiek. Nie mogę pozwolić, by ten rok przyniósł ze sobą to samo.
Od czego zacznę? Sama nie wiem. Od poniedziałku mam regularne treningi. Idzie mi dobrze, a przynajmniej o wiele lepiej niż ostatnio. 
Chciałabym wreszcie pojawić się na jakimś porządnym tanecznym castingu. 
26 marca w Saska Dance Studio będą warsztaty poprzedzające Polskie eliminacje do The Styles Crash. KLIK
Przydałoby się odwiedzić i zaliczyć, ale chyba jeszcze nie jestem na to gotowa. 
12 kwietnia natomiast wybieram się na casting do filmu Jana Komasy (tego od Sali Samobójców)  o tematyce powstania warszawskiego. Tak, oczywiście boję się jak cholera, ale jeśli nie robimy nic ze swoim życiem to wpisujemy kolejną rzecz, na listę tych,  których będziemy kiedyś żałować.
Od piątku prawdopodobnie zaczynam nową pracę. Cieszę się tym bardziej, że będę pracować z Monic. Zobaczymy jeszcze jak to wszystko się potoczy.
Na razie staram się schodzić z frontu wojennego i nikomu nie robić krzywdy. Udaje mi się. Ciekawe jak długo. 
Chcę iść do zoo. I chcę mieć mnóstwo zdjęć.
Wszystko nagle stało się takie mega pozytywne.
A i ominęła mnie sesja zdjęciowa z Agencji Plan... brakło mi 5 lat ^^ i miałabym całe okrągłe 5 tysięcy. Zło. To nie jest sprawiedliwe, wiecie?



czwartek, 17 marca 2011

Wyrzuty.


Przyjaźń i miłość.
Dwa pieprzone uczucia, w które nie wierzę. Starałam się. Nie wierzę. Nie chcę wierzyć. Nie ma sensu. Jedno i drugie zadaje tyle bólu. Zastanawia mnie tylko, które więcej. Patrzę w lustro i widzę jak bardzo jestem naiwna. I po policzkach spływa mi jeden z kilku hektolitrów łez. I tak kurwa ! Jestem słaba, bezsilna, nie mam na nic ochoty i wiecznie czuję gorycz i rozczarowanie. Ale czy to moja wina? Wszystko się pokruszyło. Staram się to skleić, pozszywać a to drze się dalej. Przy okazji jak dziki kot przesuwa po mnie swoimi pazurami.
Pokazuję jak tylko mogę najbardziej, że mi zależy, że czuję! Że nic poza uczuciami mnie nie obchodzi! Płaczę, krzyczę, błagam i wyrywam sobie włosy z głowy. Staję w oknie i przeklinam to bezduszne pierdolone miasto, które tyle mi zabrało.
I co z tego?! Nic nie idzie do przodu. Czuję się jeszcze bardziej samotna. Kiedyś miałam marzenia – ogromne perspektywy. Chciałam być tu szczęśliwa i Bóg wie co osiągnąć. A teraz? Marzę, żeby tylko się wyrwać na sam kraniec świata, gdzie nie ma nikogo kto byłby w stanie odebrać mi chęci do życia.
Czy tak bardzo abstrahuję od norm będąc zwykłą dziewczyną? Czy trzeba być zimnym snobem, który czuje gorące szczęście, kiedy zadowoli swoją materialistyczną hedonistyczną świnię w środku??
Może to jest spełnienie? Może tak powinnam żyć? Czerpać przyjemność z własnych uciech no i nie zauważać, że na tym świecie są inni ludzie? Może tak jest łatwiej, przyjemniej, ciekawiej?
Ciekawiej? No tak… musi być. Ciągle tylko ja, ja i ja!

Nie potrafię zrozumieć jak wygląda piramida potrzeb i wartości człowieka w XXI wieku.
Na samej górze jest pieniądz. Chyba dobrze go umieściłam, tak?
Niżej jest luksus, wygoda, rozpieszczenie. Nie…nie mogę tego postawić przecież niżej.
Co dalej? SAMOZADOWOLENIE, SUKCES i SPEŁNIENIE. Choć te dwa z końca więcej mają ze sobą wspólnego niż mogłoby się wydawać.
O tak. Dobra kolejność.
A dalej? Dalej są pierdołki, byle zachować dobrą odległość od uczuć i prawdziwych potrzeb jak zaufanie, troska, pomoc czy kochanie.
I jak mam się z tym czuć? Jestem w środku tego trójkąta bermudzkiego, w którym raz się pojawia szczęście, raz znika. Tajemnica tych zaginięć? Przecież są ważniejsze sprawy w naszej piramidzie :-)

A dziś? Po raz setny stałam przed lustrem, patrzyłam sobie w oczy i wmawiałam, że coś poszło nie tak.
Oczywiście. Recepta jest prosta:
Pierdolić wszystko. Żyć dla siebie. Nie kochać, nie czuć, nie pomagać i nie troszczyć się o nic.
I co wtedy? Wtedy będę dopieszczona przez życie i szczęśliwa. [?]
Tylko, że ja nie z tych.
Jestem szczęśliwa, kiedy mam dla kogo żyć do jasnej cholery. Czy to tak trudno pojąć?!
Bo ani jeden ani drugi nie potrafi tego zrozumieć.
Czy ja nie wyrażam się jasno?! Nie piszę po polsku?! A może tak ciężko zrozumieć, że na tym świecie są jeszcze ludzie, którzy mają w dupie pieniądze, wygodę i życie ponad poziomem, który naprawdę pozwala żyć?
Ciężko? Super.
To nadal będę czekać, aż ktoś z roku 1700 wsiądzie w pieprzony wehikuł czasu i dotrzyma mi towarzystwa.
Dziękuję. To wszystko.

wtorek, 15 marca 2011

Porządkowanie życia.

Cóż. Nie wiem od czego powinnam zacząć. Ostatnie trzy dni minęły mi na przenoszeniu dwóch starych pamiętników od 2006 roku tutaj... Nie powiem, że było mi łatwo. No bo... no bo nie było.
Musiałam od nowa chcąc, nie chcąc czytać wpisy, od tego pierwszego przez wszystkie kolejne. I tak oto na nowo wszczepiały mi się w umysł bunt, bezsilność i ból, po stracie najbliższych. Przypominałam sobie każdy jeden wpis i powód, dla którego znalazł się na blogu. Nie wiem dlaczego nie znalazłam tam żadnych pozytywów. Teraz patrząc wstecz widzę te lata na czarno, mimo, że udało mi się przez nie przejść i może nie powiem tego zbyt skromnie, ale stałam się nowym, lepszym człowiekiem. Może to przez doświadczenia, przez to, czego musiałam się nauczyć mimo, że jeszcze nie byłam na to gotowa. Czasami człowiek dorasta szybciej niż by tego chciał. Musi przyjąć do wiadomości wszystko co dzieje się w okół niego : cierpienie, problemy... nawet te, które są skrzętnie ukrywane przez rodzinę. Tak też stało się ze mną. Każdego dnia uczyłam się czegoś nowego. Mimo, że to wszystko zostawiło w moim umyśle bliznę, to przypomina mi, że żyję, że wszystko to co minęło poczułam na własnej skórze. 
To straszne a mimo to tak samo piękne. 
Patrzyłam dziś kilka dobrych minut w lustro. Szukałam w swoim odbiciu siły, pancerza, który staram się wciąż na siebie nakładać. Udało mi się to chyba tylko tu i odbierają to osoby, które nic o mnie nie wiedzą. Ci bliżsi po prostu mają świadomość, że taka nie jestem. Pod spodem jestem chyba zbyt wrażliwa. Walczyłam z tym, ale nie ma dłużej sensu. Gdybym była...jak księżniczka ze szybą w muzeum byłabym deficytowa.. nawet w pamiętniku napisałam, że mam deficytowe serce, a chyba w nim więcej uczuć niż braków. 
Walka z samym sobą zawsze kończy się tak samo. Po prostu nie ma wygranej. Człowiek opada tylko z sił i nie ma siły się podnieść. 
Przez pięć lat przez moje życie przewinęło się wiele osób. Byli tacy, którzy pojawili się dosłownie na chwilę, a mimo to ich słowa sprawiały, że czułam się silniejsza, wydawało mi się nawet, że gdzieś tam daleko mam jakieś wsparcie. Ci ludzie zniknęli bez słowa, a ja nie jestem w stanie ich odszukać. Zresztą jaki miałoby to sens po tylu latach... Ludzie się zmieniają, po takiej przerwie trudno odbudować cokolwiek. Zwłaszcza, że przez ten czas tak wiele się wydarzyło. 
Pojawili się również tacy, którzy byli niepozorni, ale zostali... I są nadal.
Na przykład Natalia. Nasza znajomość zaczęła się w 2006 roku na jednym z blogów. Z początku te kilka słów pocieszenia nie mogło wiele zdziałać. Była..ale za daleko. Mimo, że czytała każde moje słowo i starała się za każdym razem napisać coś, co sprawi, że będę w stanie znów się podbudować... tego było wciąż za mało. 
Mijały lata a ona nadal była. Przechodziłyśmy kryzys we dwie. Ona swój, ja własny. Pisałyśmy do siebie listy i nagle na jakiś czas o sobie zapomniałyśmy. Minął rok? może mniej... i znów nasze drogi się spotkały.
To piękne. Bo wiem już, że nigdy jej nie zapomnę jak wiele mi dała. Widzę to teraz, kiedy patrzę wstecz. Wtedy nie byłam w stanie odróżnić białego od czarnego. 
Zabawne jest to, że więcej dali mi ludzie wirtualnie niż tu naprawdę, Ci blisko mnie..
Ci samozwańczy przyjaciele. Ci to mają dopiero pancerz. Czasami im zazdroszczę. Nikt tak nie potrafi wbijać noża jak oni. 
Było ich wiele. Zaczęło się od mojej znajomej Arletty, która wolała znacznie bardziej oddać się w ramiona uczuć i chamskich dyskotek niż stać się prawdziwą przyjaciółką. Oczywiście nie mogę zaprzeczyć, że nasze długie spacery czy przesiadywanie wzajemnie u siebie coś mi dały. W końcu zabiłam czas. Całkiem miło. Ale to wszystko. Teraz nic z tego nie ma. Nic mi to nie dało na trwałe...
Później była Kasia P. teraz Kasia J... Ona..była dobrą koleżanką. Tak, myślę, że nic więcej nie da się jej przypisać. Spędziłam z nią wiele czasu. Później okazało się, że wystarczy wyjechać na jakiś czas, żeby całkiem ją stracić. Dlatego stwierdziłam, że palenie mostów jest czymś normalnym, że tak powinno być i że każdy tak robi. 
Kiedy wyjechałam do szkoły katolickiej zostawiłam za sobą wszystkich znajomych, jakich miałam do tej pory czyli przez 12 lat. Tam pojawili się kolejni ludzie. Byli idealni. Tacy, o jakich zawsze marzyłam, o jakich często opowiadała mi ciocia. 
Były wspólne ogniska, śpiewy, taniec, zabawy, wyjazdy, czuwania, wspólna nauka, pomoc, spacery i pierwsze miłości.
Tam poznałam Weronikę, Jagodę, Emilię, Natalię, Ewę, Magdę, Justynę, Judytę, Kasię, Karolinę, Marlenę, Janis, Dianę, Bogusię.. i z nich.. mimo 2 lat spędzonych tam razem, w zamknięciu... w obrębie internatu i szkoły... nic mi z nich nie zostało.
Poznałam też Monikę. Z pozoru cichutka, wiecznie wstydliwa... okazała się wspaniałym człowiekiem... i wyjechała, uciekła mi aż do Paryża. 
Teraz kiedy wróciła..to ja musiałam się wyprowadzić. Ironia losu.
Następnie nadszedł czas przeprowadzki do Radomia i zrezygnowania [!] ze szkoły katolickiej.
I cóż tutaj... poznałam Martę, Ewelinę, Agnieszkę, Paulinę, Anię, Karolinę, Wiolę, drugą Anię, Beatę, drugą Karolinę, Magdę, Kasię i Zuzię. Z nich wszystkich tylko te dwie ostatnie zostały mi w pamięci z czymś więcej niż imię. 
Byli też znajomi: Marcin, Bartek, Grzesiek, Tomek 1 i 2.. 
Z jednym nie chcę mieć już nigdy nic wspólnego. Temat chyba nie na dziś...
Z Zuzą urwał mi się kontakt... Nie bardzo dało nam się pogodzić swoich wspólnych znajomych..
A z Kasią.. Kasię mam nadal. Jest cudowna. Mimo, że czasem nie możemy się porozumieć, bo każda ma inny, własny świat, to w obliczu problemów, również tych poważnych zawsze jesteśmy gotowe wskoczyć za siebie w ogień.
Na przełomie kolejnych lat, czyli już tych teraz 2010 i 2011 pojawili się kolejni ludzie... 
Po raz kolejny próbuję zaufać tak jak kiedyś, że są to Ci ludzie, o których za te parę lat będę mogła powiedzieć coś więcej niż sam fakt, że wiem i pamiętam jak mieli na imię.
Pojawiła się Marika, Kasia, Marta, Monika, pojawił się Tomek, Robert, Arkadiusz, Michał, Radek.
Z Mariką kontakt się już zatarł. Z Kasią utrzymuję go tyle o ile. 
Marta...jest taką pozytywną duszyczką, z którą teraz próbuję zrobić coś naprawdę wielkiego... Monika... Jej chyba powinnam poświęcić osobną notkę. Kolejna osoba, której jeszcze nie miałam okazji poznać. Mimo to widzę jak wiele nas łączy. Już teraz wiem, że byłaby , jest świetną przyjaciółką. Ma tyle swoich problemów , a mimo to zawsze mogę się do niej zwrócić ze swoimi... To jest piękne. Tylko dlaczego po raz kolejny już muszę mieć takich ludzi tak daleko od siebie?
Jest też Tomek, z którym mogę rozmawiać o wszystkim i o niczym. Wiem, że mogę mu powiedzieć cokolwiek, każdą moją tajemnicę, każdy problem i wahanie.. i wiem ze pomoże mi w miarę możliwości, że zostawi to dla siebie i że jest moim wsparciem w każdej chwili.
Robert - pojawił się niedawno. Zabawne jak szybko mógł wprawić mnie w tak dobry nastrój. Już chyba samymi pierwszymi słowami zanim dane nam było się spotkać. Próbuję zaufać na tyle, żebym mogła pokazać się z tej głębszej strony, ale na to potrzebuję czasu. I wydawało mi się, że jest cierpliwy. Teraz niestety już tego nie wiem. Choć nadal jest dla mnie tak samo ważny. I tak, potrzebuję go. Nawet codziennie. Choćby był daleko. Wystarczą mi i słowa. Potrafisz mnie budować. Nawet jeśli wciąż w to nie wierzysz.
Arkadiusz... tu nie potrafię nic napisać. Jest moją połówką duszy. Uparcie próbuje uciec , chyba sam przed sobą. Mimo, że wie, jak oboje się potrzebujemy. Staram się dać mu wolną wolę, w końcu nie można trzymać nikogo przy sobie na siłę. A on... dziś odchodzi, jutro wraca. I tak każdego dnia. Same zachwiania, zero stabilności. Nie wiem ile jeszcze tak wytrzymam. Ale jestem cierpliwa kiedy chodzi o coś naprawdę ważnego. 
Michał... potrafi mnie poirytować jak nikt inny. Ale.. sama nie wiem dlaczego wciąż podtrzymuję ten kontakt. Nadajemy na 100 % innych falach. Może dlatego, że jest świetnym nauczycielem? A może dla tej jedynej wspólnej rzeczy która nas łączy? Pasji?
Radek...sama nie wiem co powinnam w tym miejscu napisać. W życiu nie spotkałam tak wrażliwego chłopaka. Wydaje mi się wręcz nierealny. Znam go...powiedzmy, że go znam od dobrych kilku lat. I jest przy mnie niezmiennie, mimo, że była w tej znajomości spora przerwa, on po prostu nie zniknął. Cieszę się, że ktoś taki jak on jest przy mnie, że dane było mi go poznać. Przyznaję, że czasem się na siebie denerwujemy nawzajem, on pochopnie wyciąga wnioski, mnie czasem ciężko dotrzymać danych mu obietnic. Ale wszystko to gromadzi się w żartach, nigdy taka sprzeczka nie przeistoczyła się w nic poważnego. 
Jest moim słoneczkiem. Choć tak bardzo nie chcę wciągać go w moje problemy.
Czasami wydaje mi się, że powinnam uporządkować swoje życie, póki nie jest na to za późno.
Właśnie to robię. Krok po kroku. Próbuję zatrzymać każde z tych wspomnień.


czwartek, 10 marca 2011

Wspomnienia.

Zabawne. Patrzę wstecz i widzę samą gorycz. Czarną rozpacz, która mnie przepełniała. 
Nagle wszystko się zmienia. Karta się odwraca i jestem przepełniona jakby słońcem. To chore ^^ Ale nie mogę przecież narzekać na ten stan. Nie wiem czy to przez pogodę - w końcu ujrzałam ciepłe słoneczko, teraz tylko tęsknię za deszcze, tak dawno nie padał. 
Może czuję się tak dobrze, bo życie znowu nabiera pędu? Nie.. Czuję się tak, bo wreszcie mam jakieś plany. Fakt, sam cel nie wystarcza, ale już go widzę, narysowałam przed sobą.
Cieszy mnie to niezmiernie, bo od dawna go szukałam. Poszatkowałam na części i umiejscowiłam w różnych pozycjach na drodze. I teraz tylko zbieram. Jest dobrze.
Coś się zaczyna dziać. Długo na to czekałam.
Przedwczoraj napisałam maila do Silke. W sumie nie tyle do Silke, co do Patricka O. Odpisał mi jednak manager z czego jestem niezwykle zadowolona. Mało tego, odpowiedź była pozytywna! Co oznacza, że można zorganizować koncert Killerpilze. 
Cieszę się, że będę mogła spotkać się ze starymi znajomymi z poprzednich koncertów, że znów się rozerwę. Że tym razem będzie naprawdę cudownie, że nasz kontakt przetrwał. Mało tego, jestem dumna, że doprowadziłyśmy swoje zamiary do spełnienia. 
Dawno nie byłam tak zadowolona.
Żyję we własnym świecie teraz . Wykreowałam go na piękną bajkę. I jest mi dobrze. Naprawdę...mogłoby już tak zostać.
Głupie gadanie bez sensu. Nie chcę obciążać umysłu przemyśleniami. Nie dziś.
Wszystko jest light. I niech tak zostanie <3

poniedziałek, 7 marca 2011

Zapalony most.

W krótkim czasie poznałam 3 osoby, dzięki którym moje życie zmieniło się o 360 stopni.  Wnieśli do niego tyle słońca, ile nie widziałam przez wszystkie wcześniejsze lata. Może nie było tego widać, bo wiecznie wyglądam jak smutas, ale wielokrotnie na mojej twarzy pojawiał się uśmiech.
Teraz zniknęła cała trójka.
Najbardziej żałuję jednego z nich. Widzę jak to płonie, a on sam nie pozwala mi tego ugasić.
Nie potrafię tego zrozumieć, bo wiem, że sam nie chce palić za sobą tego mostu. Wpoił sobie, że tak będzie lepiej.
To strasznie boli... świadomość, że jest na wyciągnięcie ręki, a za chwilę go stracę.
I spłonie na moich oczach.
Musiałam to z siebie wyrzucić.
Tak bardzo tego nie chcę!

piątek, 4 marca 2011

Pierwszy oddech wiosny

Przyszła wiosna. Pojawiło się nieśmiałe słońce i moje serce znowu zaczęło bić.
Głupia lodowa bryła. A myślałam, że zatrzymało się na dobre. 
Wróciła wena, humor, aż miło rano wstawać i patrzeć za okno. Wszystko nabiera kolorów i mam nadzieję, że taki stan utrzyma się już do końca. Na zewnątrz i we mnie. Bo jest naprawdę dobrze.
Ostatnio oglądam ogromne ilości filmów. Siedzę do późna przed monitorem i milion razy zmieniam książkę, ciągle coś... 
No i doczekałam się okularów^^. 
Podobam się sobie w nich, więc nie mam nic przeciwko, gdyby tylko nie ten ból głowy ;(.
...
Kilka ważnych planów spełzło na niczym, bądź przesunęło się całkowicie w czasie.
Niestety niewiele mogłam w każdym z nich postanowić po swojemu.
Czuję się dziwnie. Psychicznie wreszcie odżyłam, to fizycznie siadam.
Nie wiem sama, czy to tak będzie się już wahać?
...
Chcę gdzieś pojechać. Coś pozwiedzać. Zrobić tysiąc zdjęć.
Żyć.
...
Z Igorkiem w Parku na Grochowie

Jakaś goła babka^^ narysowana na szybko