Niewiarygodne, że w ciągu jednej chwili cały fundament naszego życia może się zawalić. Waląc nam się na głowę jednocześnie grzebie wszelkie plany, szkice, zarysy na przyszłość. I jak się wygrzebać z tych popiołów? Chyba nie potrafię. Nie umiem też się nad tym zastanawiać, próbować doszukiwać się powodów. Po prostu siedzę wśród tego syfu z podkulonymi ku sobie nogami i czekam, aż samo zniknie. Nigdy nie znika, a mnie boli coraz bardziej.
Obiecuję sobie, że się podniosę, że potrafię po raz kolejny pokazać: jestem silna.
Jak mam myśleć o czymkolwiek skoro już teraz nie wiem co mogę planować, a czego nie? O czym mogę marzyć o czym nie? Jak mam ułożyć jakikolwiek plan na przyszłość czy postawić sobie jakikolwiek cel? Jedna wielka niewiadoma. Ile tak jeszcze ? Ile razy jeszcze będę musiała naiwnie wierzyć, że to się zmieni? Że przyjdzie dzień, w którym ktoś poda mi rękę i powie: teraz możesz żyć tak, jak byś chciała żyć?
Czy ja chcę zbyt wiele? Czy to wiele mieć pewność, że stoję na stabilnym gruncie? Że mam przy sobie kogoś, kto darzy mnie tak silnym uczuciem, że nawet w tych najcięższych chwilach dam sobie radę?
Spalam się. Po raz kolejny spalam się dla siebie i dla Ciebie. Nie widzisz tego, ciągle jesteś zajęty sobą, swoimi sprawami , gdzieś obok pisząc do mnie kilka słów, czy rzucając ciche 'kocham' bez sensu, w pustkę.
Nawet jeśli teraz zaprzeczasz sam sobie czytając te słowa to ja właśnie tak się czuję. Każdego dnia coraz gorzej, próbując ratować palący się stos. Są na nim wszystkie moje, nasze marzenia, obietnice, uśmiechy i słowa, jakie padły i pojawiły się przez te ponad trzy lata. Myślisz, że da się to odbudować kiedy spłonie? Tak naprawdę to nie ma feniksów. Albo coś się ratuje póki jeszcze żyje, albo się to grzebie.
Czekam na coś, do czego nie jesteś w stanie dążyć. Walczę o coś, co i tak skazane jest na porażkę.
Ale walczę...dzień po dniu.
To chyba naiwność, a może po prostu tak okazuje się prawdziwie uczucia?
...
...

Aish... ratuj, póki żyje... ratuj za wszelką cenę, uwierz mi - wiem, o czym mówię...
OdpowiedzUsuńA optymistyczniej: co, przepraszam bardzo, zrobiłabyś z tym kurczaczkiem? :D Bo wizja posiadania takowego jest absolutnie rewelacyjna, ale hmm... co potem? :D
Takie decyzje są zawsze bardzo trudne. Nie czuję się na siłach, żeby Ci doradzać, bo sama nie umiem poskładać swojego życia do kupy... ;)
OdpowiedzUsuńEee, myślałam że masz jakąś gotową receptę na hodowanie kurczaka, wtedy też bym pomyślała o puchatej, żółtej kuleczce na Wielkanocny stół, haha :D
W sumie bezpieczniej jest kupić królika, tylko że to zakup długoletni. No i nie znosi jajek... :D
U mnie też królik nie, ale pomyśl, jakie to korzyści! Pasztet, skórka na plecy na zimę... :D
OdpowiedzUsuńBoże, okrutna sucz ze mnie!
Mhm... nie potrafię Ci powiedzieć, czy poradzić, co masz zrobić- zadaj sobie pytanie, czy warto tak się męczyć albo czy nie będziesz żałować, jak się to wszystko skończy i te trzy lata odejdą w niepamięć i staną się tylko wspomnieniami?
OdpowiedzUsuńI pamiętaj: oboje musicie dbać o Wasz związek, jeśli jedna osoba tylko daje a druga bierze... to chyba nie tak powinno być. Nie znam Twojego lubego, ale czasami mam same złe myśli o nim i widzę, że on tylko Cię rani... :((
Jestem tu, gdybyś mnie potrzebowała :*
@ Pandi: cóż. nigdy nie mam pewności, czy nie marnuję czasu i czy się nie zawiodę, ale nie czy nie tym polega to wszystko?
OdpowiedzUsuńWiem , że jesteś i bardzo dziękuję < 333
co do zawalania... to wszystko jest takie kruche. a jak się coś wali, to wszystko po kolei...
OdpowiedzUsuńdzięki. ;* mogę Ci zrobić taki! :)