Znowu się pogubiłam. Teraz w samej sobie. Próbuję się zatrzymać i nad sobą zastanowić, ale nie bardzo mi się to udaje. Nie wiem dlaczego, chyba potrzebuję spokoju. Z drugiej strony mam ochotę nie mieć na nic czasu, być zmęczoną każdego dnia i szczęśliwą z wyczerpania; paść na łóżko z uśmiechem i zasnąć tylko po to by na drugi dzień do nowa nabrać pędu. Sama nie wiem czego oczekuję od życia. Znalazłam się w momencie, w którym powinnam wiedzieć część rzeczy, podjąć kilka ważnych decyzji a ja się zatrzymałam bezradnie i nie wiem co dalej. Teraz nasuwa się tysiąc pytań na które od dawna powinnam znać odpowiedź.
Mam dziwne sny. Śnił mi się Bóg, który pokazał mi kilka scen rodzinnych z filmów [ już ich nie pamiętam ]. Wiem tylko, że te rodziny były szczęśliwe, uśmiechnięte, wspierające się nawzajem, taki perfekcyjny schemat. Wiem też, że byłam w tym śnie takim kontrastem. Patrzyłam na to wszystko i czułam, że coś jest nie w porządku, że ja taka nie jestem, nie tak to u mnie wygląda i że w pewnym sensie jestem temu winna.
Kiedy zrozumiałam przesłanie zobaczyłam siebie umazaną krwią. Okropny widok. Ale daje do myślenia.
Głupie senniki wciąż mówią to samo: zmiana nastawienia psychicznego. Oby. Wreszcie... Bo mam dość serdecznie takiego stanu.
Z rzeczy codziennych i ostatnich wydarzeń...
Walentynki... smętne, komercyjne święto. Nie miałam ochoty wychodzić z łóżka, nie wiem nawet o której się wygramoliłam z niego. Później miły telefon od Tomka , za który bardzo bardzo dziękuję, wieczorem spacer i czekolada z Mroczniakiem , za co też dziękuję, było mi potrzebne wyjście. O.
Dzisiaj spacer z Michałem, ale było tak zimno, że praktycznie nie mogliśmy rozmawiać , więc umówiliśmy się na jutro, troszkę wcześniej.
W piątek ponownie spotkanie z Mrocznym, sobota kawa i plan sesji.
A praca nad książką trwa.
I mówię sobie stop. Zagubiłam się i wracam na normalną drogę.
Dziękuję za uwagę.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz