piątek, 5 października 2012

W oczekiwaniu na zimę...

Tym razem wracam tu szybciej. Potrzebuję lekkości, jaką daje mi pisanie. Chcę znów to poczuć. 


...
Pod koniec sierpnia zrobiliśmy sobie z Maćkiem wypad do Torunia. Spontanicznie, niewiele planując postanowiliśmy odwiedzić znajomych [których zresztą ja miałam zobaczyć po raz pierwszy].
Cieszyłam się na samą myśl o podróży, zwłaszcza, że jechaliśmy pociągiem. 
Zawsze lubiłam jeździć pociągami - wiele dobrych wspomnień , nawet kiedy droga była nudna i długa. 
Zostawiliśmy psa pod opieką mojego znajomego z pracy, co zresztą okazało się złym pomysłem... moja maleńka bestia demolowała jego mieszkanie dzień po dniu z tęsknoty za nami. 
Stresowałam się spotkaniem z chłopakami... no bo właśnie ... ja sama i ... 6 chłopaków? Przez dwa dni? 
Dopiero później przyjechała jedna dziewczyna, ale przywiozła kolejnego chłopaka ... więc było 2 na 7. 
Tak czy siak, okazało się, że wcale nie jest źle, zabawa była świetna, nowi znajomi jak najbardziej na tak. 
Nawet planujemy wspólną większą imprezę w grudniu. 
Cieszę się, że ich poznałam, wnieśli dużo radości w moje pochmurne dni. 
Oczywiście od pierwszego dnia melanżowanie.. ale uprzedzali, więc nie mam co narzekać i marudzić. 
Trafiłam nawet na festiwal światła. Ciekawe widowisko, było na co popatrzeć. 
Zwiedziliśmy trochę miasto, obkupiliśmy się pierników, odwiedziliśmy większość pubów, poszliśmy do krainy piwa, gdzie wypiłam zajebiste czeskie jagodowe piwo. 
Kupiłam sobie nawet toruńskiego osiołka... tak, tak kocham pamiątki. 
Próbuję jakoś zatrzymywać czas. 
Szkoda tylko, że nie było czasu na zdjęcia.... bo parę zaplanowałam a nie wyszło nic.. 
Ale przecież... jest jeszcze tyle dni przede mną. 
Dam radę następnym razem. Wiem to.

...
Na początku września była taka cudowna pogoda, że aż żal nie skorzystać. 
Wybrałam się więc do zoo. 
Znów. 
Tak, wiem , ile można chodzić do zoo, ale jak już mówiłam - nigdy mi się to nie znudzi.
 Zabrałam oczywiście aparat i znów męczyłam wszystko co się rusza. 
W swoim żywiole... 
Począwszy od roślinek, skończywszy na moim towarzyszu wyfociłam chyba wszystko co tylko było w moim zasięgu. 
A ile miałam przy tym zabawy, humor nie odstępował mnie na krok. 
Czułam się znów jak ta mała dziewczynka , zadowolona, że nikomu moja niedojrzałość wtedy nie przeszkadzała. 
To piękne uczucie. 
Jakże czasem mi go brakuje... 

...
Wróciły jednak wspomnienia. Wraz z przemijającym wrześniem, mijającym zbyt szybko słodkim latem. 
Smutek i rozczarowanie przeszłością, która wracała jak bumerang. 
Żałowałam wielu chwil, miliona decyzji. 
Nie wiem już jak wiele z nich wpłynęło na moje dotychczasowe życie niekorzystnie, marzę by choć parę z nich dało się zmienić, odwołać setkę słów, które poniósł wiatr. 
Może kiedyś te złamane obietnice da się poskładać. 

Może uda się zapomnieć. 
Naprawić swój świat. Naprawić wspomnienia. Żeby już tak nie bolało. 
Może...
Pojawił się strach. Całkiem niedawno... 
W dniu od którego pozostały tylko 3 miesiące do świąt Bożego Narodzenia.
Tak bardzo się boję tego dnia. 
Boję się samotności i ciszy jaka zagości w moim domu. Każde kolejne święta są coraz smutniejsze. Podzielona rodzina, która kiedyś była taka cudowna. 
Dom był azylem, teraz ściany przesiąknięte są bólem, wysłuchały tyle raniących słów, które nigdy nie miały prawa paść z moich, jej, ich ust... 
Co mogę teraz zrobić? Jak wiele mogę odwrócić? Scalić? Ocalić... 
Spalone mosty. 

...
Dobrze, że mam psa. 
Mała bestia, która ciągle wszystko gryzie, ale wystarczy , że się przytuli i pomizia swoim mokrym, zimnym noskiem... a świat staje się piękniejszy i znów pojawiają się kolory za oknem.



...

Brakuje mi spokoju. o p a n o w a n i a 
tak bardzo tego pragnę
Wybucham gniewem jak wulkan niszcząc przy tym wszystko i wszystkich, którzy starają mi się pomóc. 
Nie umiem powiedzieć co jest tego powodem,  nie umiem tego zatrzymać, zmienić, okiełznać furii jaka we mnie drzemie. 
Coś pękło, coś się ze mną stało. Zmieniłam się. 
Tak wiele zniszczyłam w swoim życiu, tak wielki obszar wypaliłam. 
Została czarna murawa, której nie da się już użyźnić, na której już nigdy nic nie wyrośnie. 
Myślę, że pora się z tym gdzieś udać, poprosić kogoś o pomoc. 
Wreszcie pokornie schylić głowę. Bo już dłużej nie mogę. Nie mam siły wstawać z łóżka, walczyć o swoje, zmieniać swojego życia. Nie mam na to ochoty. 
Nie chcę patrzeć na światło. Chcę spać i spać, nawet tysiąc lat. 
Zamknęłam się w swoim własnym świecie i nie wiem jak stamtąd wyjść. 
I nie muszę tego ukrywać, nie chcę, zbyt długo okłamywałam samą siebie, że jestem samowystarczalna, że dam sobie radę bez niczyjej pomocy, że niby jestem taka silna.
po prostu... nadszedł dzień kiedy wszystko co złe... połamało mnie.

...
Wreszcie praca. Nawet tu non stop jakieś problemy. Nie umiem tego uporządkować. Muszę zbyt wiele na raz pozmieniać w swoim życiu. Nie wiem za co powinnam się najpierw zabrać. Ale jeśli nie zrobię dużego kroku na przód... zniknę. Rozpłynę się w niebycie i stanę się jak warzywo. 


...
P a s j a ?
Rozwijam się dalej. 
Staram się być silna i robić coś, nawet przez siłę.
Dlatego właśnie pojawiłam się z aparatem na maratonie warszawskim i zrobiłam tam zdjęcia. 
Miałam śmieszną kamizelkę dla mediów i wejściówkę VIP. 
Skorzystałam. 
To była kolejna szansa.
Kocham to. 
Nawet jeśli nie mam siły. 
Jestem z siebie dumna. 
Przełamałam się, wyszłam z domu i zrobiłam to. 
Fotografowałam, opublikowałam i zrobiłam kolejny krok do przodu. 






...

 
Nie jest za późno na zmiany. Potrzebuję jedynie mentora.


środa, 22 sierpnia 2012

Przebudzenie.


                Obudziłam się po zimie. 
Tak wiem, późno.
Nie miałam siły tu pisać, nie chciałam nic zatrzymywać, nic na zawsze, wszystko na chwilę. Ale tak nie można. 
Przeszłość trzeba czymś wypełniać. 
 A ja... ja obiecuję sobie, przyrzekam nigdy nie przestanę pisać. 


~~*~~

                Na początku maja, Maciek zabrał mnie do zoo. 
Poczułam się znowu małą dziewczynką cieszącą się ze wszystkiego co ją otacza. 
Tak bardzo tego potrzebowałam. Poczuć wiatr we włosach, słońce na policzku. 
Wiosna. 
Wiosna w pełni. Nawet nie zauważyłam jak czas uciekał mi przez palce. 
Na chwilę to zatrzymałam. 
Biegałam od zwierzaka do zwierzaka ciesząc się z małych małpek albo tygrysów. 
Siedziałam z nosem przy szybie czekając kiedy dostojna pantera raczy do mnie podejść, albo słuchałam jak krzyczą kolorowe papugi. 
I wreszcie mogłam robić tam dużo zdjęć.
Nigdy mi się to nie znudzi. Zawsze będę chętnie tam wracać. 
Od kiedy tylko pamiętam zoo przysparzało mi tak wiele radości. Czeskie – ostravskie, polskie – warszawskie, wrocławskie, poznańskie... wszystkie są takie cudowne. 
A ja wciąż chcę budzić w sobie tę małą dziewczynkę, która choć na chwilę zapomina o problemach tego świata.

Znalazłam też pierwszego fiołka. 
Ich zapach sprawia, że wszystko się zatrzymuje a ja szybuję wstecz, do czasów dzieciństwa przypominając sobie te najpiękniejsze momenty. 
Czysta magia. Magia, w której istnienie nigdy nie zwątpię.
                W połowie maja znów uśmiechnęło się do mnie szczęście. 
Pojechałam razem z Killerem na konferencję prasową przed Ursynaliami 2012. 
Nawet nie umiem opowiedzieć jak się z tego cieszyłam. 
Parę koncertów ogromnych gwiazd i możliwość stania tuż obok nich, robienia zdjęć pod samą sceną. Zapowiadało się fantastycznie. 
Do tego dostałam możliwość przeprowadzenia wywiadu z zespołem Ametria. 
A przecież kocham ich od dziecka... Może być lepiej?
Konferencja jak konferencja – trochę nudnawo, ale da się wytrzymać, w końcu to dla większego dobra. :P 


                Proszę proszę akredytacjom końca nie widać.
 Zaraz po tej od ursynalii dostałam na Euro 2012.
 Taka impreza i miałam zobaczyć ją na żywo, na stadionie.

 Tak wiem, kobieta i mecze..., 
ale dla takich emocji można się przecież poświęcić, tak?

Nieważne, że zdjęcie na wejściówce było straszne, że wyczekałam się jak diabli, że było gorąco i nic mi się nie chciało. 

Warto się poświęcić dla pięknych wspomnień.

Zostało tylko czekać na to ważne dla Polski wydarzenie, a później cieszyć się z obecności na nim.



                Pod koniec maja przełamałam się i zrobiłam kolejną sesję zdjęciową. 
Miałam sporą przerwę, chwilowy zastój i brak chęci do czegokolwiek. 
Mam nadzieję, że małymi kroczkami da się z tego wyjść.
 Nie powiem, żebym była bardzo zadowolona z efektów, ale
zawsze to coś... nawet jeśli nie jesteśmy z tego do końca zadowoleni ważne, że się próbowało. 
To najważniejsze.
Zdjęcia jak zdjęcia, większość nie zrobiła na mnie kompletnie wrażenia, więc po prostu je wyrzuciłam. Kilka ujdzie, choć nie lubię pstrykać zdjęć bez większego przygotowania, więc KONIEC z takimi sesjami. 
W tym będę stanowcza i nieugięta. Albo wszystko dopięte na ostatni guzik, albo guzik z tego.



                Kilka dni później kolejna konferencja prasowa, tym razem w obecności przedstawicieli UEFA , przygotowanie do pracy i takie tam marudzenie przed meczami. 
Nic konkretnego. 
Nic co daje przyjemne wspomnienia. 
Zwykłe służbowe spotkanie.


            I wreszcie nastał ten dzień. URSYNALIA ! Przyjechała do mnie Kinga. 
Cały wieczór przygotowywałyśmy wszystko na imprezę, żartowałyśy, hałasowałyśmy i śmiałyśmy się z wywaidu, którego nie mogłam dokończyć. 
Kolejny dzień miał być początkiem spełniania swoich marzeń. I taki też był.
Po 18stej pierwszego dnia imprezy, kolejna konferencja prasowa. 
To już trzecia w tak krótkim czasie...
Dowiedziałam się co wolno a czego nie fotografowi i takie tam nudne bzdety. 
Nic nie ważne. Liczyło się to, co ma się wydarzyć potem...
Koło 19stej miałam przeprowadzić wywiad. 
Nigdy wcześniej tego nie robiłam więc stresowałam się jak jasna cholera. 
Zwłaszcza, że nie byłam przygotowana na tyle, żeby nie czytać z zeszytu, a to trochę głupie... no ale cóż. Okazało się, że chłopaki są jak najbardziej w porządku i wszystko poszło gładko. 
Proponowali nawet, żebym się z nimi napiła, ale byłam tak przejęta, że wystarczyła mi po prostu ich obecność. Miłe doświadczenie, nie powiem, że nie. 
Polecam zabawę w dziennikarza ^^.
Byłam też na backstage’u gdzie mogłam sobie podpatrzeć jak gwiazdy szykują się przed koncertem. Slayer, My Riot, Luxtorpeda, Lipali. 
Fajnie tam. Choć wszyscy się strasznie śpieszą ^^.
I tak najfajniej było na samych koncertach. 
Pierwsze trzy piosenki fotografowanie, reszta koncertu tylko na zabawę.
Chciałyśmy być fajne z Kingą i wdrapałyśmy się na jakiegoś kolesia tak...bez trzymania z aparatem który ważył ze 4 kg jak nie więcej i oczywiście co? Musiałam spaść. 
Więc broniłam sprzętu zamiast własnego tyłka. 
Tak więc gleba na slayerze zaliczona, świetna zabawa również. Są genialni na scenie.
Nie powiem, że opieranie się o wzmacniacze było dobrym pomysłem, gdyby nie zatyczki do uszu pewnie bym ogłuchła. Czułam wibracje dosłownie wszędzie.
Na koncercie Limp Bizkit, który tak uwielbiałam od małego niestety zaczął padać deszcz. 
Dużo dużo deszczu i bardzo zimny wiatr. Czekał więc nas długi i ciężki powrót do domu. 
Następny dzień miał być przecież tak samo pracowity.
                Następny dzień był jeszcze piękniejszy: My Riot, dali czadu na scenie, dawno się tak dobrze nie bawiłam. 
Glaca wyszedł do publiczności, ma z nią świetny kontakt, a ja przez to dobre zdjęcia ! 


 
Później Nightiwsh, w co nie wierzyłam stojąc nawet tuż obok. 
Istna bajka.
 I jeszcze sam koncert... 
Pełno świateł i efektów specjalnych z ogniem. 
Było nie tylko czego słuchać, ale i na co popatrzeć! 






Spotkałyśmy się z Kingą z zespołem Oedipus, mamy z nimi świetne zdjęcia, autografy i same dobre wspomnienia. Są świetni! Tak mało osób o nich słyszy, a na scenie dorównują najlepszym. 
Mam nadzieję, że jeszcze wpadną, w końcu nam to obiecali. Jestem strasznie zadowolona ze zdjęć. 
Zarówno tych, które robiłam jak byli na scenie, jak i tych, które mam z nimi. 
Wreszcie jeden normalny zespół, z którym można porozmawiać, do którego można się przytulić, napić się lecha i zrobić mnóstwo zdjęć.
Warto być na takich imprezach, przeżywać to wszystko i cieszyć się każdym jednym momentem tak, jakby to już nigdy nie miało się powtórzyć.
Było pięknie.
Cóż więcej mogę rzecz? 
Tym, którzy nie byli mogę powiedzieć tylko tyle: żałujcie. 
Ale... wszystko przed wami bo kolejny rok ma być jeszcze lepszy!!
Nie mogę się doczekać!


I trzeci cudny dzień, w tym koncert Billy Talent, zapowiedź kolejnego w Polsce całkiem niedługo. 
Chyba nie ma na co narzekać. 
Nigdy nie wierzyłam, że pojawię się na takich koncertach.
Oczywiście chciałam... ale te... te wszystkie gwiazdy obok siebie, razem..
I jeszcze mogłam stać tak blisko, robić zdjęcia jakich nie zrobiłabym gdybym poszła jedynie się bawić.
To cudowne móc tak wiele, i mieć tak wiele.
Spełniam swoje marzenia, kiedyś będę mogła powiedzieć, hej ja fotografowałam Slayera, Nightwisha i Billy Talenta. 
To jest już coś. 
Niezły start, prawda?





              Zaraz po tym wszystkim przyszły moje 21 urodziny. 
Przez rok wiele się zmieniło, wiem, że zmieni się wiele więcej. 
Żałuję chwil wypełnionych strachem i jutro – chwil, które zatrzymywały mnie w miejscu. 
Nauczyłam się na błędach, wiem, że kolejny rok będzie jeszcze piękniejszy.
Urodziny spędziłam ze znajomymi przy dobrym filmie, muzyce, sheeshy i alkoholu.
 I jestem szczęśliwa.



                Dzień po urodzinach EURO 2012!!!! Mecz Polska – Rosja.!
Jakie tam były emocje, takich imprez się nie zapomina.
 Cudowne uczucie stanąć na samej górze i spojrzeć na rozgrywający się ważny mecz. 
Widziałam wszystko , słyszałam doping kibiców i radość po golach. 
Może nie jestem fanką footballu, ale to było naprawdę wspaniałe.



 

Kawa, 
piwo, 
kłócenie się z rosyjskimi kibicami 
–
bezcenne!
 I mieliśmy 1:1 , jesteśmy nieźli. 





...
           
    I nagle po tym wszystkim... świat złamał się na pół. 
Wszystko , WSZYSTKO straciło znacznie, smak, dni mijały , a dla mnie czas stał w miejscu. 
Strach przesłaniał wszystko, każda minuta druzgotała mnie w środku i po raz pierwszy od paru długich lat znów zaczęłam się modlić. 
Rzucałam prośby na wiatr nie dbając o to co mogłabym oddać w zamian na wysłuchanie. 
Byłam gotowa na wszystko, nie zależało mi na niczym poza tą jedną prośbą.
Ale chyba właśnie tak wygląda miłość do drugiej osob i strach przed stratą na zawsze. 
Strach przed śmiercią.

                    ‘jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie da się wyrazić łzami
                                             nie można go nikomu wytłumaczyć
                     nie mogąc przybrać żadnego kształtu osiada ciasno na dnie serca
                                             jak śnieg podczas bezwietrznej nocy’



              I tak oto dotarłam do dni dzisiejszych... mam pracę i staram się to utrzymać. 
Czuję się pewniej każdego dnia i poznaję kolejnych ludzi, którzy ułatwiają mi życie.
Kupiłam psa, staję się odpowiedzialna i powoli zaczynam kształtować swoje życie. 





piątek, 30 marca 2012

Wiosna.

Pierwsze prawdziwie wiosenne promienie słońca były dla mnie jak zbawienie. Zwiastowały nowe, lepsze dni, na które czekałam całą zimę modląc się o przetrwanie.
Chciałam zacząć od początku, udowodnić samej sobie, że trzymam los w swoich dłoniach.
Mam nadzieję, że słońce oświetli mi kolejne miesiące. Czuję nowe możliwości moim małym noskiem i na ślepo próbuję wyjść do światła. Mam przy sobie kilka osób , które są. Zawsze są , zawsze pomagają, zawsze już będą.
Chyba po raz pierwszy nie boję się mówić zawsze na zawsze.

***

W lutym przyszła do mnie wreszcie karta dawcy. Zawsze lubiłam swoje serce, dlaczego nie miało by bić dla kogoś innego?
To jedno z wielu zobowiązań jakie mam zamiar wdrożyć w swoje życie w tym roku. Nie mogę wiecznie tkwić w jednym miejscu. Czas mija więc trzeba brać z niego jak najwięcej. Tak też gromadzę siłę by nie były to tylko puste słowa.
Trzy miesiące przefrunęły mi między palcami. Trzy długie zimowe miesiące kiedy depresja nie pozwalała mi wyjść z łóżka i zalewałam się gorzkimi łzami.
Słońce je wysuszyło, staram się już nie płakać.

***

Pies. To teraz najważniejszy temat w mieszkaniu. Potrzebuję kudłatego przyjaciela, który przybiegnie do mnie z mokrym noskiem kiedy po policzku będą płynąć łzy. Który przytuli się i da ciepło jakiego wielu ludzi nie potrafi dać.
Tyle ras, z których nie mogę wybrać. Najpierw mały śmieszny kundelek, któremu chciałam dać dom... później kilka marzeń o duuużym stróżu który przeciągnie mnie przez cały trawnik na spacerze. Później rozrabiaka husky którego miałam okazję gościć w mieszkaniu. Odechciało mi się tej rasy raz na zawsze. Rozpieszczony pies - to zły pies.
Najprawdopodobniej stanie na długowłosym owczarku niemieckim. Duży kudłaty misio. Takiego mi potrzeba. I łatwy w ułożeniu co tylko jest na plus.
Tak więc czekam z niecierpliwością na moje nowe małe zwierzątko!

***

Praca. Kolejny bardzo ważny aspekt w moim życiu.
W czerwcu będę pracować przy Euro 2012 co jest jedną z moich ulubionych spraw :D Razem z moją Anią :D . Obejrzę wszystkie 5 meczy i jeszcze mi za to zapłacą. Może być lepiej? Uwielbiam moją firmę.!
Pewnie zrobię też zdjęcia. Dlaczego nie skoro będę mogła zabrać aparat.
Podpisałam wszystkie potrzebne dokumenty i wysłali je po akredytacje do UEFA. Cieszę się niezmiernie. Czekam na plakietkę i go work :D
Prócz tego mogę pracować na każdym jednym meczu na Stadionie Narodowym, choć czas raczej mi na to nie pozwoli...
Propo pracy... mam szkolenie, kolejne i jeszcze jedno i jeszcze jedno ...

***

Z przyjemniejszych spraw znów mam za sobą sesję zdjęciową. Tym razem z Martyną.
Starówkowa z gitarą czyli tak jak lubię. Aparat odmawiał mi posłuszeństwa, ale ostatecznie nie było tak źle. Piękna wczesnowiosenna pogoda która dodała mi ochoty na fotografowanie i bieganie z aparatem dokoła jak kot.
Jestem zachwycona światłem jakie teraz jest, obiektywem, który daje mi niesamowite możliwości i poumawianymi sesjami które tylko czekają na wykonanie. Będzie świetnie, wiem, że będzie. Robię to co kocham, jak inaczej może być?
Mam mnóstwo pomysłów, najbardziej poświęcam się jednak bajkowej sesji na drzewie. Ciekawe co z tego wyjdzie. Ale wymaga czasu potrzebuję do niej bardzo dużo kwiatów.
 Tak więc WIOSNO wprowadź się już na dobre, proszęęę.!




***

Rozwijam się. Ah. 
Miałam przyjemność poznać Akademię Przyszłości [projekt stowarzyszenia Wiosna ] przez który [patronat redakcji] dostałam akredytację na Półmaraton - mistrzostwa Polski. 
Udałam się więc z aparatem jako fotoreporter i starałam się poradzić sobie w tej nowej sytuacji ^^.
Mimo, że nie miałam teleobiektywu to i tak jestem zadowolona. Poznałam ciekawych ludzi, obyłam się z mediami i nauczyłam się czegoś zupełnie nowego . I jest to nowy krok do przodu, z którego jestem bardzo dumna.!
Teraz czekam na kolejne imprezy.
Miałam wreszcie okazję zwiedzić Stadion Narodowy - przed podjęciem pracy - poznałam zakamarki tego giganta. Inaczej nie mogę go nazwać bo siedząc na tych śmiesznych małych krzesełeczkach czułam się maleńka, zupełnie jak okruszek.
W każdym razie mimo, że było niemiłosiernie zimno dobrze to wspominam.


A teraz ... 
Poluję na FIOŁKI!
<3
 


piątek, 17 lutego 2012

NO - Stagnacja.

Nie pisałam tu zdecydowanie za długo, a powinnam bo tylko tak mogę sobie pozwolić na niejaką ulgę. Od świąt mnie tu nie było, ale nie wiem czy był sens wylewać tę gorycz z siebie. 
Ale zrobię to. W końcu teraz to tylko karta historii. 
Wigilie w 2011 roku miałam dwie - jak nigdy. Pierwsza w mieszkanku, w którym teraz stacjonuję. Nie powiem, że mi lekko mieszkać tak osobno, ale na pewno lepiej niż byłoby w rodzinnym gniazdku w pewnym sensie. W każdym razie pierwsza wigilia w gronie znajomych nie była przeplatana żadną aferą, a to dla mnie naprawdę nowość - zresztą strasznie przyjemna nowość.
Co prawda zamiast karpia była inna dziwna bezościowa ryba, ciastka, szampan, desperadosy, barszczyk, śledzie, uszka i pierogi, ale był też cudowny klimat i prezenty.

Jeśli już mowa o prezentach... te święta pod tym względem były dla mnie bardzo przychylne.
Od Maćka dostałam statyw do aparatu, który jest przecudowny ! Tylko jeszcze muszę nauczyć się z niego dobrze korzystać i będzie idealnie.. :D 
Od Tomka dostałam obiektyw CANON 50 mm, który jest teraz moim najlepszym przyjacielem i cały czas robię nim zdjęcia. :D *_*
Do tego masa kadzidełek i herbatki i maseczki etc... Zadowolona jestem. Bardzo.
Najlepszą częścią tej wigilii było ubieranie choinki - szukanie bombek i światełek i łańcuchów i całej tej kolorowej magii, żebyło było idealnie. I było.


.
Druga wigilia była czysto rodzinna. W małym, bardzo małym gronie, ale powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać. Albo ktoś umiera, albo po prostu się izoluje...taka kolej rzeczy. 
Na przyjazd ojca przestałam liczyć dobre parę lat temu, zatem kolację zjadłam z Babcią i Mamą. Tylko.
A babcia... robi najcudowniejszą kolację wigilijną pod słońcem! Może jak co roku było między nami małe spięcie, ale i tak na końcu usiadłyśmy razem i podzieliłyśmy się opłatkiem. I nie mogłam powstrzymać łez, bo każdy rok przybliża mnie do utraty kolejnych osób i najzwyczajniej w świecie boję się, że ich stracę, a są dla mnie wszystkim i wiem jak ciężko byłoby mi się pozbierać.
Święta nie są już dla mnie piękne, magiczne i pełne radości. Wręcz przeciwnie - mam wtedy więcej czasu na smutek co pogarsza mój stan psychiczny. Ale muszę sobie dawać radę, przede mną w końcu wielkanoc...

.
 W drugi dzień świąt odwiedziła nas Ela, z Jackiem i Igorkiem. 
Nawet nie zauważyłam kiedy malec zaczynał chodzić, psocić coraz więcej i mówić.
Teraz za mną biega , coś woła, przynosi książeczki i pokazuje paluszkiem na rzeczy o których mam mu opowiedzieć.
Nigdy nie lubiłam dzieci, ale ten jest wyjątkowy, nie wiem może dlatego, że w tak bliskiej rodzinie, może dlatego, że pokazuje mi jak wiele mam w sobie uczuć i to wzruszające kiedy wyciąga do mnie swoje małe łapki.
Co prawda straszny z niego psotnik, ale przychodzą chwile kiedy jest aniołkiem. Jedynym na świecie. Całym światem dla swojej mamy i dużą częścią mojego świata. Nawet kiedy jestem zmęczona i nie mam siły nosić go na rękach to i tak długo nie mogę się na niego złościć. Ma w sobie niewinność. Tak rzadko ją teraz spotykam.

.

Przejdźmy do sylwestra. 
Pojechałam z Maćkiem, Alicją i Mariuszem za Warszawę do znajomych chłopaków. Dobrze, że była Alicja, bo pewnie czułabym się nieswojo. 
W każdym razie okazało się, że są świetnymi ludźmi w których towarzystwie luźno i dobrze się czułam, rozmawiałam i śmiałam się.
Potrzebuję częściej takich wyjść, to pomaga mi zregenerować duszę. 
Wybiła północ a ja z kieliszkiem w dłoni jak zaczarowana patrzyłam na fajerwerki. I patrzę co roku i co roku zatrzymuje się dla mnie czas. I czuję wszechobecną magię. Magię , która popycha mnie ku nowemu roku - dojrzalszemu i lepszemu. 
Wróciliśmy zmarznięci jak cholera koło 6 rano do domu. Oczywiście moje sokole oczy wypatrzyły małą sroczkę, która nie mogła latać, więc przez 20 minut biegałam za nią w kółko, aż wreszcie udało mi się ją złapać i zanieść do mieszkania. Tam dostała muffinkę i mleko i całą noc hałasowała. 
Najedzona wreszcie mogła zostać wypuszczona. Chociaż tyle mogłam dla niej zrobić.
Arek pewnie by się śmiał, zawsze uśmiecha się kiedy widzi mój stosunek do zwierząt i bezgraniczną dziecięcą miłość do nich, ale z Arkiem kontakt niemalże całkowicie już się zatarł.
 .

Styczeń zaczęłam pod znakiem sesji zdjęciowych. Wreszcie spełniałam swoje marzenia i to było najprzyjemniejsze uczucie jakie było mi dane kiedykolwiek poznać.
Zaczęło się od zdjęć dla Angeli - w Parku Skaryszewskim, gdzie kompletnie nie miałam pomysłu na zdjęcia, a jedyny mój plan obejmował śnieg w tle. I co się stało? Jakbym zamówiła życzenie. Zaczął padać śnieg. To była czysta magia.
Czerwona sukienka, kamienny most i odrobinki śniegu, które spadały powoli mieniąc się jak milion gwiazd. 

Miałam nadzieje, że każda sesja taka będzie - z niespodziewanym darem od losu - niespodzianką która wszystko naprawia.
To pierwsza sesja, przede mną było wiele nauki i poprawek i przede wszystkim pracy przy photoshopie, żeby wreszcie wyciągnąć z niego to, co najlepsze i po co sam program powstał. A to niestety zajmuje dużo czasu.

.

Potem nadszedł 12 stycznia , a więc moje imieniny. Nie spodziewałam się niczego konkretnego, a okazało się, że będę miała miły wieczór. We czwórkę, a jednak było bardzo fajnie. Ja, Maciek, Alicja, Mariusz. Szampan, waniliowa fajka wodna i godziny rozmów. Plus piękny kwiatek , którego dostałam od Maćka. Jak ja uwielbiam kwiaty!
Dziękuję.!
Potem następna sesja, tym razem z Olą, na którą dość sporo się spóźniłam plus mróz który był tak potworny, że uniemożliwił nam dłuższe robienie zdjęć, po kilkunastu uciekłyśmy w popłochu z łazienek królewskich , ale obie mamy nadzieję, na dalszą współpracę, jak tylko zrobi się cieplej a i ja mam o wiele więcej pomysłów na zdjęcia kiedy tylko nadejdzie wiosna.
Cieszę się tylko, że miałam  śnieg do zdjęć. To piękne tło, dodaje uroku do każdej fotografii.
Nie podobał mi się tylko późniejszy zastój w sesjach...

.

No i nadszedł nieco depresyjny przypływ wspomnień, które udało mi się odepchnąć. Nie miałam ani ochoty ani siły na walkę z przeszłością, zwłaszcza, że teraźniejszość była wspaniała. A przyszłość? To o nią powinnam zawalczyć nie tracąc sił na walkę z demonami tego, co już było. 
Dlatego kiedy tylko odgoniłam smutek wyszło słońce i nawet czas na kolejne zdjęcia się znalazł.
Tym razem z Yoko, z którą umawiałam się setki razy i na zmianę jakoś nam to nie wychodziło.
Mały acz ładny park - Ujazdowski z piękną altanką i masą śniegu dokoła. 
W sam raz na zdjęcia. I most i alejki z ośnieżonymi drzewami. Wielkie pole do popisu, tak więc zrobiłam kolejną serię zdjęć, które oddałam obrobione w ciągu 2 , 3 dni. 
I poczułam ogromną satysfakcję bo usłyszałam, że są cudowne , że to najlepsza sesja.To naprawdę przyjemne uczucie. 
I od razu mam ochotę na wiele więcej, na jakiekolwiek rozwijanie się w tę właśnie stronę. Na pomysły przekraczające podstawowe schematy i pracę pracę pracę nad tym wszystkim do zmęczenia. 
A może któregoś dnia wszystko mi się opłaci i zrobię coś, co będzie naprawdę wielkie.
Niestety są też smutne wiadomości - umarł wąż. Był bardzo chory a ja już nic nie mogłam na to zaradzić. I płakałam jak dziecko... nienawidzę się przyzwyczajać. To tak strasznie później boli.

.


.
Z teraźniejszych pierdół ciągle gram w League of Legends i 29 idę na mecz Polska - Portugalia, na 13 godzin do pracy. Liczę na dobre zdjęcia z Cristiano :D I dobrą zabawę. Nie będę sama, bo Ania ze mną jedzie więc wszystko na dobrej drodze! :D 
Cudownie.

Zaczynam żyć. Nie stoję w miejscu.
Czekam na wiosnę, bo całym sercem pragnę wybrać się w rodzinne strony.



wtorek, 20 grudnia 2011

pośpiech

Święta...święta. Tak je zawsze kochałam. Proporcjonalnie do tego jak bardzo obawiałam się tego, co mnie podczas nich spotka.
Tak często były przykre, bolesne, niechciane. A te? Te są inne. Tajemnicze. Zrobiłam krok na przód.
Czuję klimat, który postaram się zachować .
W tym roku nie będę już na Ciebie czekać.
Nigdy nie wrócisz. 
A mnie spadł kamień z serca. I wyzwoliła się ulga.



Święta są dla najbliższych. Już do nich nie należysz. Te będą lepsze.