Nie pisałam tu zdecydowanie za długo, a powinnam bo tylko tak mogę sobie pozwolić na niejaką ulgę. Od świąt mnie tu nie było, ale nie wiem czy był sens wylewać tę gorycz z siebie.
Ale zrobię to. W końcu teraz to tylko karta historii.
Wigilie w 2011 roku miałam dwie - jak nigdy. Pierwsza w mieszkanku, w którym teraz stacjonuję. Nie powiem, że mi lekko mieszkać tak osobno, ale na pewno lepiej niż byłoby w rodzinnym gniazdku w pewnym sensie. W każdym razie pierwsza wigilia w gronie znajomych nie była przeplatana żadną aferą, a to dla mnie naprawdę nowość - zresztą strasznie przyjemna nowość.
Co prawda zamiast karpia była inna dziwna bezościowa ryba, ciastka, szampan, desperadosy, barszczyk, śledzie, uszka i pierogi, ale był też cudowny klimat i prezenty.
Jeśli już mowa o prezentach... te święta pod tym względem były dla mnie bardzo przychylne.
Od Maćka dostałam statyw do aparatu, który jest przecudowny ! Tylko jeszcze muszę nauczyć się z niego dobrze korzystać i będzie idealnie.. :D
Od Tomka dostałam obiektyw CANON 50 mm, który jest teraz moim najlepszym przyjacielem i cały czas robię nim zdjęcia. :D *_*
Do tego masa kadzidełek i herbatki i maseczki etc... Zadowolona jestem. Bardzo.
Najlepszą częścią tej wigilii było ubieranie choinki - szukanie bombek i światełek i łańcuchów i całej tej kolorowej magii, żebyło było idealnie. I było.
.
Druga wigilia była czysto rodzinna. W małym, bardzo małym gronie, ale powoli zaczynam się do tego przyzwyczajać. Albo ktoś umiera, albo po prostu się izoluje...taka kolej rzeczy.
Na przyjazd ojca przestałam liczyć dobre parę lat temu, zatem kolację zjadłam z Babcią i Mamą. Tylko.
A babcia... robi najcudowniejszą kolację wigilijną pod słońcem! Może jak co roku było między nami małe spięcie, ale i tak na końcu usiadłyśmy razem i podzieliłyśmy się opłatkiem. I nie mogłam powstrzymać łez, bo każdy rok przybliża mnie do utraty kolejnych osób i najzwyczajniej w świecie boję się, że ich stracę, a są dla mnie wszystkim i wiem jak ciężko byłoby mi się pozbierać.
Święta nie są już dla mnie piękne, magiczne i pełne radości. Wręcz przeciwnie - mam wtedy więcej czasu na smutek co pogarsza mój stan psychiczny. Ale muszę sobie dawać radę, przede mną w końcu wielkanoc...
.
W drugi dzień świąt odwiedziła nas Ela, z Jackiem i Igorkiem.
Nawet nie zauważyłam kiedy malec zaczynał chodzić, psocić coraz więcej i mówić.
Teraz za mną biega , coś woła, przynosi książeczki i pokazuje paluszkiem na rzeczy o których mam mu opowiedzieć.
Nigdy nie lubiłam dzieci, ale ten jest wyjątkowy, nie wiem może dlatego, że w tak bliskiej rodzinie, może dlatego, że pokazuje mi jak wiele mam w sobie uczuć i to wzruszające kiedy wyciąga do mnie swoje małe łapki.
Co prawda straszny z niego psotnik, ale przychodzą chwile kiedy jest aniołkiem. Jedynym na świecie. Całym światem dla swojej mamy i dużą częścią mojego świata. Nawet kiedy jestem zmęczona i nie mam siły nosić go na rękach to i tak długo nie mogę się na niego złościć. Ma w sobie niewinność. Tak rzadko ją teraz spotykam.
.
Przejdźmy do sylwestra.
Pojechałam z Maćkiem, Alicją i Mariuszem za Warszawę do znajomych chłopaków. Dobrze, że była Alicja, bo pewnie czułabym się nieswojo.
W każdym razie okazało się, że są świetnymi ludźmi w których towarzystwie luźno i dobrze się czułam, rozmawiałam i śmiałam się.
Potrzebuję częściej takich wyjść, to pomaga mi zregenerować duszę.
Wybiła północ a ja z kieliszkiem w dłoni jak zaczarowana patrzyłam na fajerwerki. I patrzę co roku i co roku zatrzymuje się dla mnie czas. I czuję wszechobecną magię. Magię , która popycha mnie ku nowemu roku - dojrzalszemu i lepszemu.
Wróciliśmy zmarznięci jak cholera koło 6 rano do domu. Oczywiście moje sokole oczy wypatrzyły małą sroczkę, która nie mogła latać, więc przez 20 minut biegałam za nią w kółko, aż wreszcie udało mi się ją złapać i zanieść do mieszkania. Tam dostała muffinkę i mleko i całą noc hałasowała.
Najedzona wreszcie mogła zostać wypuszczona. Chociaż tyle mogłam dla niej zrobić.
Arek pewnie by się śmiał, zawsze uśmiecha się kiedy widzi mój stosunek do zwierząt i bezgraniczną dziecięcą miłość do nich, ale z Arkiem kontakt niemalże całkowicie już się zatarł.
.
Styczeń zaczęłam pod znakiem sesji zdjęciowych. Wreszcie spełniałam swoje marzenia i to było najprzyjemniejsze uczucie jakie było mi dane kiedykolwiek poznać.
Zaczęło się od zdjęć dla Angeli - w Parku Skaryszewskim, gdzie kompletnie nie miałam pomysłu na zdjęcia, a jedyny mój plan obejmował śnieg w tle. I co się stało? Jakbym zamówiła życzenie. Zaczął padać śnieg. To była czysta magia.
Czerwona sukienka, kamienny most i odrobinki śniegu, które spadały powoli mieniąc się jak milion gwiazd.
Miałam nadzieje, że każda sesja taka będzie - z niespodziewanym darem od losu - niespodzianką która wszystko naprawia.
To pierwsza sesja, przede mną było wiele nauki i poprawek i przede wszystkim pracy przy photoshopie, żeby wreszcie wyciągnąć z niego to, co najlepsze i po co sam program powstał. A to niestety zajmuje dużo czasu.
.
Potem nadszedł 12 stycznia , a więc moje imieniny. Nie spodziewałam się niczego konkretnego, a okazało się, że będę miała miły wieczór. We czwórkę, a jednak było bardzo fajnie. Ja, Maciek, Alicja, Mariusz. Szampan, waniliowa fajka wodna i godziny rozmów. Plus piękny kwiatek , którego dostałam od Maćka. Jak ja uwielbiam kwiaty!
Dziękuję.!
Potem następna sesja, tym razem z Olą, na którą dość sporo się spóźniłam plus mróz który był tak potworny, że uniemożliwił nam dłuższe robienie zdjęć, po kilkunastu uciekłyśmy w popłochu z łazienek królewskich , ale obie mamy nadzieję, na dalszą współpracę, jak tylko zrobi się cieplej a i ja mam o wiele więcej pomysłów na zdjęcia kiedy tylko nadejdzie wiosna.
Cieszę się tylko, że miałam śnieg do zdjęć. To piękne tło, dodaje uroku do każdej fotografii.
Nie podobał mi się tylko późniejszy zastój w sesjach...
.
No i nadszedł nieco depresyjny przypływ wspomnień, które udało mi się odepchnąć. Nie miałam ani ochoty ani siły na walkę z przeszłością, zwłaszcza, że teraźniejszość była wspaniała. A przyszłość? To o nią powinnam zawalczyć nie tracąc sił na walkę z demonami tego, co już było.
Dlatego kiedy tylko odgoniłam smutek wyszło słońce i nawet czas na kolejne zdjęcia się znalazł.
Mały acz ładny park - Ujazdowski z piękną altanką i masą śniegu dokoła.
W sam raz na zdjęcia. I most i alejki z ośnieżonymi drzewami. Wielkie pole do popisu, tak więc zrobiłam kolejną serię zdjęć, które oddałam obrobione w ciągu 2 , 3 dni.
I poczułam ogromną satysfakcję bo usłyszałam, że są cudowne , że to najlepsza sesja.To naprawdę przyjemne uczucie.
I od razu mam ochotę na wiele więcej, na jakiekolwiek rozwijanie się w tę właśnie stronę. Na pomysły przekraczające podstawowe schematy i pracę pracę pracę nad tym wszystkim do zmęczenia.
A może któregoś dnia wszystko mi się opłaci i zrobię coś, co będzie naprawdę wielkie.
Niestety są też smutne wiadomości - umarł wąż. Był bardzo chory a ja już nic nie mogłam na to zaradzić. I płakałam jak dziecko... nienawidzę się przyzwyczajać. To tak strasznie później boli.
.
.
Z teraźniejszych pierdół ciągle gram w League of Legends i 29 idę na mecz Polska - Portugalia, na 13 godzin do pracy. Liczę na dobre zdjęcia z Cristiano :D I dobrą zabawę. Nie będę sama, bo Ania ze mną jedzie więc wszystko na dobrej drodze! :D
Cudownie.
Zaczynam żyć. Nie stoję w miejscu.
Czekam na wiosnę, bo całym sercem pragnę wybrać się w rodzinne strony.

I tu masz rację :).
OdpowiedzUsuńCo za niepohamowany potok zdarzeń! Ale cieszę się, bo trzeba iść jak burza zwłaszcza wtedy, kiedy wiesz, który kierunek jest odpowiedni. I życzę Ci, żeby cały rok taki był :)!
I bardzo dobrze, że zaczynasz żyć! :) Stagnacja i powolne umieranie i zatracanie się we wspomnieniach jest po prostu bezsensu :C
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że już zawsze będzie tak, jak jest teraz, tak dobrze! :*
nie... właśnie mam wrażenie, że uciec dopiero mogę, jeśli nie podejmę decyzji o tym co dalej :)
OdpowiedzUsuń