poniedziałek, 25 lutego 2013

Lincz.

Ostatnie dni są coraz gorsze. 
Napięta, nerwowa atmosfera. 
Jeszcze tylko 3 dni i znikam. Zaczynam nowy kawałek życia, nowy = lepszy [tak sądzę] .
Wypełnię te ściany, wszystkie pomieszczenia nadzieją. 
I zrobię ze swojego nowego gniazdka azyl.
I będę szczęśliwa wszystkim na przekór.
Nikt nie zabroni mi marzyć i walczyć o swoje.
Odliczam dni. 
Jeszcze muszę wytrzymać. 
Jak i każdy.


wtorek, 19 lutego 2013

Granica wytrzymałości...

Nie da się opisać co się przed chwilą wydarzyło. Nie wiem nawet czy jakiekolwiek słowa oddałyby połowę tego, co czułam. Co czuję nadal, bo złość, szok i rozrywający mnie smutek ani na chwilę mnie nie opuszcza. 
Kłótnie w moim domu zawsze zaczynają się od gówna. Nie zdarzyło się chyba, by poszło o coś naprawdę ważnego. 
Szkoda tylko, że później musimy mówić o wzajemnym braku szacunku do siebie, o tym kto kogo bardziej zranił , albo kto komu bardziej zniszczył życie. 
Zawsze słyszę: wypierdalaj. Już tym rzygam. Pragnę znaleźć miejsce , które będzie dla mnie domem. Miejsce, z którego nikt nigdy mnie nie wyrzuci. Bo ja już naprawdę nie mam siły. Czuję się przeganiana z kąta w kąt jak pies. Czy naprawdę tak mało znaczę?
Jest tak wiele rzeczy, które się posypały w moim życiu, wiele z nich zjebałam sama, ale jest też część, za którą nie mogę brać odpowiedzialności, a która wywarła na mnie ogromny wpływ. I co ja mam z tym zrobić?
Staram się. Ja wiem, jestem nerwowa. Tak strasznie dużo we mnie złości. Ale nie umiem nad tym panować, nie potrafię. Budzi się we mnie furia, która wychodzi na zewnątrz zanim zdążę zrobić z nią porządek. 
Czasem ranię tym ludzi , ale przychodzą chwile, kiedy jestem zbyt mało winna by później słyszeć tak okrutne słowa.
Jestem aż tak zła ? Zła do szpiku kości? Zrujnowałam mamie całe życie? To przeze mnie nie może być szczęśliwa?
Nic ze mnie nie ma? Jestem ciężarem? 
Ile ludzki umysł i serce jest w stanie wytrzymać takich uderzeń? Bo czuję, że moja psychika siada. Czuję się wrakiem człowieka. Jakbym umierała tam w środku, gniła kawałek po kawałku.
Nie mam siły żyć. Nie chcę rano wstawać z łóżka. Gdybym mogła przespałabym cały dzień i całą noc. Nie budziła się. Ale nawet w nocy nawiedzają mnie koszmary. 
Nie mam już siły walczyć. Nie chcę.
Czuję się tak bardzo samotna, tak bardzo zniszczona.

środa, 6 lutego 2013

Bilet w jedną stronę...



            Do napisania tutaj zbierałam się chyba rekordowo długo. Może nie minęło wiele czasu, ale stało się tak dużo w moim życiu, tak dużo się pozmieniało, że zdrowo byłoby to z siebie wyrzucić.
Większość z tego to bolesne chwile, dlatego tak to odwlekałam, z nadzieją, że nie będę musiała rozdrapywać ran, które dopiero, co przeistoczyły się w strupki. Boję się blizn. Wracania po raz kolejny w otchłań przeszłości. Stamtąd niemalże nie da się wrócić. A już na pewno nie wraca się będąc tym samym człowiekiem.


            W życiu potrzebne są czasem zmiany. 
Sami się o nie prosimy, albo nie mamy wyjścia. 
Moje piękne długie włosy umarły… spaliłam je doszczętnie chcąc zabawić się w buntowniczkę o nienaturalnym kolorze fryzury. Niebieski toner leży gdzieś, jeszcze nawet
nieodkręcony, zanim zdążyłam go nałożyć, rozjaśniacz wypalił mi włosy. 
Nie miałam innego wyjścia jak ścięcie moich skarbów. 
Zatem znów mam krótkie tak jak zaraz po Komunii Świętej. Tylko, że od tego czasu minęło już 12 lat… Szkoda mi… Wielka szkoda. Cóż zrobić. 
Trzeba zacząć bardziej o siebie dbać, a to wyjdzie mi tylko na zdrowie i już czekam z utęsknieniem dnia, w którym znów będą długie. 







            Od jakiegoś czasu zaczęło się ze mną dziać coś złego. Na początku nie zwracałam na to uwagi, ale po jakimś czasie nawet moje własne zachowanie i odbicie w lustrze zaczęło mi przeszkadzać. Dni się dłużyły, a ja nie miałam na nic ochoty. Próbowałam to zwalczyć, wymyślałam, co raz to więcej dziwnych rzeczy byleby tylko zabić czas, który stawał się powoli moim największym wrogiem.
            Wielkimi krokami zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Rok w rok są takie same: przepełnione oczekiwaniem na cud, smutne, jakby na siłę. Co roku płyną łzy, co roku życzenia tracą sens, a łamanie się opłatkiem sprawia ból. Jednak ja naiwnie i tym razem wierzyłam, że będzie inaczej, że kolorowe światełka na choince wprowadzą ciepło do domu, że kolędy, których dźwięki popłyną przy kolacji uspokoją sytuację i nerwy, że białe płatki śniegu przykryją całą nienawiść, jaka nas otacza. Chciałam w to wierzyć, choć gdzieś tam głęboko wiedziałam, że tak nie będzie. Chyba potrzebowałam iskierki radości w tych dziwnie przytłaczających mnie dniach.


Spadł pierwszy śnieg. Wydawało mi się, że jest lekko, że ta zima będzie inna, jak z bajki. Spacery z psem i jego radość na widok śniegu pozwoliły mi chwilowo o wszystkim zapomnieć. Biegałam za nim ze śmiechem i obserwowałam jak godzinami potrafił tarzać się w białym puchu. Czysta beztroska. Tęskniłam za takim uczuciem. Jednak krótsze, ponure dni dały znać o sobie. Wreszcie dotarło do mnie, co tak naprawdę się ze mną dzieje. Bałam się to głośno stwierdzić jakby dławienie tego w sobie miało mi jakoś pomóc. Miałam depresję. 
 Pytanie tylko, jak głęboko sięgała?



            Po raz kolejny spróbowałam odgonić całe zło od siebie. 
Nadarzyła się okazja by polecieć na osiem dni do Hiszpanii. 
Zobaczyłabym Valencię, tak daleko od domu, pierwszy raz szansa na zobaczenie Morza Śródziemnego. 
W moich oczach pierwszy raz od dłuższego czasu zapaliły się iskierki. 
Pragnęłam tego wyjazdu z całych sił. 
Miałam nawet kupione bilety. 
Odliczałam dni. 
Jednak radość nie trwała zbyt długo. 
Brak środków finansowych skutecznie wybił mi z głowy wyjazd. Bilety przepadły, wraz z nimi szansa na poprawę - choć w jednej milionowej mojego samopoczucia. Zima mnie zabijała. 





            Mogłabym powiedzieć: s t a g n a c j a . 
Jednak tylko się pogarszało. Z dnia na dzień było ze mną coraz gorzej. Nie miałam ani sił ani ochoty z tym walczyć. 
O tym jak bardzo jest źle dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy nie miałam sił wyjść z łóżka, zasłaniałam żaluzje by promienie słońca nie wpadały do pokoju. 
Światło mi przeszkadzało, wywoływało we mnie furię. 
Tę furię przelewałam na współlokatorów. 
Raniłam ich tym, choć nie chciałam. 
To po prostu przychodziło i uwalniało się jakbym nie miała nad sobą żadnej kontroli. 
Kiedy przechodziło przepraszałam za wszystko, tłumacząc, co się dzieje, prosząc o zrozumienie. Czułam się tak jakby narodziło się we mnie alter ego. 
Rozbiłam się na dwie części. Rozłam niesłychanie boli.
 
W dzień było jeszcze w miarę znośnie, ktoś krzątał się po mieszkaniu, rozmawiałam, odganiałam od siebie natłok obrzydliwych myśli. 
Noce były straszne. 
Kiedy leżałam w łóżku, przytłaczała mnie cisza. 
Myśli atakowały z każdej strony i nie miałam jak od nich uciec. Słyszałam w sobie głosy, jakby toczyły walkę, a wspomnienia – niekoniecznie te dobre – wracały z pełną ostrością.
            Dusiłam wszystko w sobie, bałam się wypuścić te demony na zewnątrz, poprosić o pomoc. 
Nie wiem dlaczego dałam się temu wszystkiemu zastraszać, samej sobie, sytuacji, która starała się mnie zniszczyć. 
Może bałam się, że uwolnienie negatywnych emocji mogłoby mnie całkowicie złamać?
Czułam się tak, jakbym właśnie podpaliła most, po którym miałam iść.






             


Prócz depresyjnych demonów odwiedziły mnie również te przeszłości. 
Oglądałam stare zdjęcia rozdrapując rany, które powinnam przyjąć za zagojone. 
Zastanawiałam się czy kiedykolwiek byłam szczęśliwa, jeśli tak, to z kim i dlaczego. 
Próbowałam rozgryźć, co takiego muszę zmienić w samej sobie, bo o własnej winie również byłam przekonana. 
Nie wiedziałam i chyba nadal nie do końca wiem, od czego powinnam zacząć. 
Nie wiem też czy starczy mi sił. 
Całe szczęście, że teraz nie jestem z tym całkiem sama. 


            


             Jeśli piszę już o powrotach do czegoś, co działo się kiedyś… to był też powrót do rysowania. 
Poznaję w sieci wiele osób. 
Tym razem dane mi było poznać osobę, która pięknie rysuje. Naszła mnie mała ochota, żeby znów wziąć do rąk ołówek. Tak też zaczęły się komiksowe bitwy rysunkowe.
Co tydzień nowy temat, rywalizacja, pomysły… 
Wzięłam udział w dwóch, teraz próbuję się na siłę przekonać i zmusić do trzeciej, bo znów brakuje mi ochoty na cokolwiek, a pierwsze, co muszę w sobie zniszczyć to słomiany zapał. 
Muszę wreszcie zacząć coś i porządnie to zakończyć.
Moje czarne myśli i wizje dały o sobie znać, kiedy do tematów: ROMANTYK i MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ narysowałam dwa koszmarne rysunki. Może z czasem mi to przejdzie, może pod tym względem jeszcze nie dorosłam. Nie wiem. Póki co, krzywdy ludziom tym nie robię.
Rysować zamierzam dalej, choćbym miała się do tego zmuszać, pierwszy krok w walce ze sobą samą. 


            Za mną pozostało kolejnych kilka nocy pełnych przemyśleń. Zastanawiałam się czy życie ma sens, karciłam się za tak dziecinne myśli i znów o tym rozmyślałam. Błędne koło. Chwilami wydawało mi się, że już zupełnie oszalałam. Bałam się, że moje ciężkie chwile trafiły na kres wytrzymałości i że już dłużej nie mogę być tą silną dziewczynką, która ze wszystkim tak świetnie sobie radzi i której ludzie czasem mówią, że sami się dziwią jak długo mogłam dawać sobie z tym wszystkim radę. A kiedy powiem sobie dość?

                                                                             ***

            Pojawił się w moim życiu Michał. Stopniowo. Kroczek po kroczku, mimo, że minęło tak niewiele czasu. Graliśmy razem, niemalże nic do siebie nie mówiliśmy. A później to wszystko zastąpiły rozmowy na skype. Godzinami. Potrafiliśmy przegadać 14 godzin non stop. Wiem, że to czyste szaleństwo, ale pierwszy raz od niepamiętnych czasów poczułam, że ktoś próbuje mnie zrozumieć. Najgorsze było to, że ludzie, którzy wydają mi się przyjaciółmi są daleko. Nie mogę z nimi usiąść twarzą w twarz i spokojnie porozmawiać. To boli. Tak było i tym razem. Doceniałam to, ile poświęca mi czasu, kosztem swojego prywatnego życia. Całe dnie, niekiedy noce do świtu rozmawiając o wszystkim.
Zaczęłam przez niego słuchać innej muzyki. Całkiem oddaliłam się od ciężkich brzmień jakimi żyłam na co dzień. Chyba mi to nie przeszkadzało. Dziwiłam się jedynie, że ktoś, kogo zupełnie nie znam potrafi z daleka na mnie wpłynąć i zmienić mnie. Może w niewielkim stopniu, ale zmienić. Czego nie potrafiłam zrobić ani ja, ani ludzie, z którymi żyłam, na co dzień. Codziennie czekałam aż znów porozmawiamy. Brakowało mi tego. 400 km ode mnie był ktoś, komu nie bałam się opowiadać o sobie. 


            W międzyczasie pojawiły się pierwsze informacje o Ursynaliach 2013. Cennik i pierwsze gwiazdy: Him, Luxtorpeda, Bulle For My Valentine. Cieszyłam się przez chwilę, że w lato znów będę miała okazję dobrze się pobawić i poniekąd cieszył mnie fakt, że mam znów, do czego odliczać.

            Planowaniom jednak nie było końca. Za pasem był sylwester. Zaproponowałam żebyśmy spotkali się na nim wspólnie wraz ze wszystkimi osobami, z którymi razem gramy. To byłoby jakieś 18 osób. Duża impreza, ale wiem, że mogłoby być świetnie. I wreszcie poniekąd mogłabym poznać osobiście Michała. Prócz skype zaczęliśmy pisać do siebie smsy, w tysiącach jak się później okazało. Lepsza jakakolwiek forma poznania, niż nic.
Doszła kamerka. Więc dodatkowo mogłam się z nim widzieć. Od początku słysząc jego śmiech wiedziałam, że to ktoś wyjątkowy. Kiedy mogłam zobaczyć jak się uśmiecha, poczułam w tym swoim wyjałowionym sercu ciepło. Jakby ktoś na chwilę je podpalił. Poczułam przez tę sekundę, że żyję, że nie do końca wszystko we mnie się wypaliło. I te oczy. Nikt nie miał takich oczu. Uwielbiałam w nie patrzeć, czytałam z nich jak z otwartej książki. Pierwszy raz w życiu. Jak w bajce. 


            Czas jakby przyspieszył. 
Strasznie się zaniedbałam. Bolało mnie to, że sama tego nie zauważyłam, a później było już za późno. 
Wreszcie pojawiła się motywacja do działania, do zmian. Jak najwięcej, jak najszybciej. Dobre uczucie.
            W moim życiu pojawiło się więcej rapu. Słuchałam już tylko tego, dzień w dzień bez końca ucząc się piosenek mimowolnie na pamięć. 
Skłaniał mnie do refleksji, pomagał radzić sobie z codziennością. 
A przecież to tylko muzyka. 
I rozmowy. 
Dzień po dniu mogłam patrzeć na chłopaka, który był jak nierealny sen.


            W tym czasie coś się działo. Nic nie było już piękne jak na początku, w październiku, kiedy się wprowadziłam. Co raz mniej rozmów, co raz mniej zrozumienia i co raz mnie interesowania się wzajemnie. Zaufania, siły do siebie, wszystkiego zaczęło brakować.
To chyba tylko przyzwyczajenie. Czy z uczuć można tak szybko rezygnować?

            Michał. Kolejne dni. Noce. Sny. Plany. Oczekiwanie. Obsesja.
Nie wiedziałam, co się dzieje. Nie chciałam poniekąd tak się czuć. Wiedziałam, że to nie powinno się zdarzyć, że kogoś miałam. Że powinnam dbać o uczucie, które już miałam. Ale nie byłam pewna, czy całkiem już nie wygasło. Mogłam się o tym przekonać poznając innego człowieka.

            Nastał ten okrutny wieczór, w którym bez limitu polał się alkohol, w którym wypomnieliśmy sobie wszystko, awantura i hektolitry łez. 
Niewiele pamiętam z tego wieczoru. 
Kilka słów wyszeptane do telefonu i prośba, by ktoś mi pomógł. Nie chciałam nic więcej poza poczuciem ulgi, choć na chwilę. Było mi tak źle, czułam, że to kres wszystkiego. 
Całej mojej siły, tak jakbym poddała się w walce. 
Zasnęłam nieprzytomna. 
Podobno człowiek po alkoholu mówi tylko prawdę. 
Musiałam poprosić o pomoc skoro rano dowiedziałam się, że ten nierealny Michał, który wydawał się mnie rozumieć jedzie do Warszawy, do mnie.
Byłam w szoku? 
Byłam zła? 
Bolała mnie potwornie głowa, a telefon był jedynym dowodem na to, że coś w ogóle wydarzyło się tamtego wieczora.

Przyjechałam po niego na Dworzec Centralny. Z kilogramem tapety żeby ukryć to potworne zmęczenie, niewyspanie i kaca. Rozpromieniłam się, kiedy tylko go zobaczyłam, a negatywne emocje zeszły ze mnie natychmiastowo. Pozostało tylko zmęczenie, z którym nie dało się walczyć.
Mieliśmy tego dnia zobaczyć kawałek Warszawy. Próbowałam pokazać mu cokolwiek, ale Michał jak to Michał nie odrywał ode mnie wzroku. Zawstydzona udawałam, że wszystko jest w porządku. Było miedzy nami coś, co wyczuwało się w powietrzu. Może to prawda, że istnieje miłość od pierwszego spojrzenia, albo przeznaczenie. Tak czy siak, coś wisiało w powietrzu.
            Michał był u mnie parę dni. Wystarczająco, żebym zdała sobie sprawę, że moje dotychczasowe życie nie było życiem, jakie chciałam wieść.
Zrobiłam coś potwornego, owszem, ale… czy był sens męczyć się wzajemnie ze sobą?

Przepraszam. Przepraszam Cię za wszystko. Nie chciałam żeby tak wyszło. Sprawy jednak potoczyły się inaczej. Nie tego chciałam. Ale nie powinnam Cię dalej ranić. A byłoby tak gdyby tamtego dnia sprawy obrały inny obrót.
Teraz będzie lepiej. To przejdzie. Z czasem. Ale na pewno.


            Tak więc… znalazłam się u mamy. Znów. Brutalnie. Aczkolwiek po tygodniu poczułam ulgę. Pisząc po tygodniu, mam na myśli to, że siedem długich dni nie bardzo mogłam dojść do siebie. Za dużo się wydarzyło, gryzło mnie sumienie, chciałam zapomnieć o całym świecie i było mi naprawdę bardzo ciężko. I nie myśl, że nie martwiłam się o to, jak sobie z tym poradzisz. Martwiłam się. Naprawdę. Ale gdybym do tego wróciła jakkolwiek, zabilibyśmy się nawzajem kłamstwami.

            Z czasem pojawiły się nowe plany. Z racji tego, że Michał był przy mnie obecny cały czas i okazał się być takim samym człowiekiem, jakim chciałam żeby był i jakim się wydawał na odległość, chcieliśmy być trochę bliżej siebie. Tak narodził się plan przeprowadzki Michała do Warszawy. Odsuwałam tę myśl, bo wiedziałam, że prędko się to nie wydarzy. Nie można ot tak rzucić wszystkiego i wyjechać. Wiem po sobie jak ciężko jest się zaadaptować, kiedy wyjeżdża się pierwszy raz. W końcu sama troszkę podróżuję po tej naszej Polsce z walizkami. Jednak wtedy jeszcze nie wiedziałam jak bardzo potrafi być uparty…

 

            Wiem jak to jest, kiedy ktoś ważny jest od Ciebie tak strasznie daleko. 
Najpierw pojawia się zwyczajna tęsknota jak to bywa, kiedy zdajesz sobie sprawę, że potrzebujesz wsparcia albo uśmiechu i musisz na to sporo czekać. 
Jednak później pojawia się obawa. 
Bardzo nieprzyjemna. 
Mówi Ci do ucha, że nic się nie ułoży, że kilometry zniszczą wszystko, o co chcesz walczyć, obojętne jak silnym by się to wydawało. 
Do mnie tez przypełza taka chwila, kiedy zwątpiłam. 
Tylko wiem, że i tak będę walczyć do końca. 
Nawet, jeśli jest to walka z wiatrakami. 
Niepewnie zaczęłam również planować. 
Nową przyszłość. 
Nie wiedząc jak to wszystko się potoczy. 








                 Po wyprowadzce z Niedźwiadka musiałam wrócić po rzeczy. Było to dla mnie bardzo ciężkie. Jednak spędziłam tam sporo czasu. Przyzwyczajenie robi swoje. Dodatkowo mam tam psa, za którym szalenie tęsknię. Zobaczenie go tylko na chwilę i ponowne opuszczenie byłoby dla mnie jak wyrwanie kawałka serca. Jednak musiałam to zrobić. Nie obeszło się bez awantury i łez, ale to oczyszcza sytuację. Piesek…podrósł. Tęsknota również. Niestety na tamtą chwilę nie mogłam nic z tym zrobić. 
 
            Wracając do sylwestra. Oczywistym było, że ten planowany nie wypali. Trzeba było zmienić plany, jako, że chyba nikt w Nowy Rok nie chciałby być sam. Z racji tego, ze spędzam tyle czasu z Michałem postanowiliśmy i Sylwestra spędzić razem. Wiedzieliśmy, że w Warszawie, o resztę mieliśmy się zatroszczyć, tymczasem stawiałam czoła awanturom w domu, czyli kolejny raz powrót do przeszłości…tym razem jednak w czasie teraźniejszym. Nic się nie zmieniło. Krzyki, pretensje o wszystko. I ja, która niewiele może z tym zrobić, modląca się by jak najszybciej uciec z tego miejsca. Mieć ciszę, spokój, wolność, azyl, którego tak bardzo mi brakuje. Przez całe życie.
            Na sylwestra ostatecznie wynajęliśmy kawalerkę – studio, śliczną, kameralną, ciepłą…aż miło było tam razem spędzać czas. Z 2 dni sylwestrowych zrobiło się siedem. Albo i więcej. Nawet dokładnie nie pamiętam.
To były jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu.
Poczułam w tym mieszkaniu dziwny spokój. Jakby nie liczyło się nic więcej. Jakbym wreszcie znalazła własny dom. Chciałabym czuć tak za każdym razem, kiedy wracam do domu. Szkoda, że jeszcze nie mam na to szans.

Te siedem dni było jak z bajki. Wspólne buszki, całe wieczory razem, śmiech, godziny rozmów o wszystkim, słuchanie non stop muzyki, palenie kadzidełek w całym mieszkaniu, wszędzie walały się świeczki czekające tylko na wieczór żeby uczynić wieczór jeszcze piękniejszym, wspólne gotowanie, które naprawdę było przyjemnością [uwielbiam, kiedy zaglądasz mi przez ramię], filmy… te ohydne, te, których, po buszkach nie rozumieliśmy nic a nic i te udane, obejrzane od początku do końca, bez ‘reklam’, wszystkie cudowne…, karaoke, które sobie zrobiliśmy i które naprawdę było zajebiste, szampany pite na raz i leżenie na podłodze, z czego niewiele pamiętam, kąpiele…z miodem i mlekiem roztapiającym się powoli pod wpływem ciepłej wody, sprzątanie całego mieszkania w pięć minut i jak zwykle spieszenie się gdziekolwiek…, zdjęcia i głupawi, które mieliśmy, ah i byłabym zapomniała, pamiętam również naszą Narnię i to, jak rozwaliliśmy szafę, zbiliśmy lustro i zdemontowaliśmy cały nasz powiedzmy ‘baldachim’ przy łóżku. Ale było niepowtarzalnie. Wyjątkowo.
Potem nastał czas przykrego rozstania, kiedy płynęły mi łzy przy autokarze. Zadawanie sobie setki pytań, dlaczego i kiedy znów się zobaczymy. 

            Awantury w domu się jedynie wzmacniały, powoli miałam dość wszystkiego, odliczałam dni do kolejnego spotkania, marzyłam o dniu, w którym kupisz bilet tylko w jedna stronę. 

Powiedziałam Ci ważną dla mnie rzecz, coś, czego bałam się powiedzieć komukolwiek. Nie wiedziałam jak zareagujesz. Tego bałam się chyba najbardziej. A Ty po prostu to zrozumiałeś, wiedziałam już, że mogę na Ciebie liczyć w każdej sytuacji i że nie muszę mieć przed Tobą żadnych tajemnic, pomożesz mi ze wszystkim jak tylko będziesz umiał najlepiej. Cudowne uczucie.

To wszystko tylko utrwaliło to, co było już między nami. Mogło być lepiej? Mogło. I tak też niebawem miało się stać.


            W międzyczasie udało mi się wreszcie
 pójść na sesję zdjęciową,
 bo w tym wszystkim zupełnie zapomniałam o tym, 
co kocham. 
Fotografowałam tym razem Monikę, 
z którą naprawdę dawno się nie widziałam. 
Było zimno i ponuro, 
ale i tak zdecydowałyśmy się wyjść 
i coś razem stworzyć.
Namarzłyśmy się konkretnie 
stojąc w tym zimnie w parku i robiąc zdjęcia. 
Niestety nie ma się czym chwalić, 
światło było koszmarne, 
szybko robiło się ciemno, 
na jakikolwiek promień słońca nie było co liczyć, więc wyszperałam jedynie kilka zdjęć a sesję mam nadzieję powtórzyć jak tylko zrobi się ciut cieplej, 
albo pokaże się chociaż słoneczko.


            Kilka dni później przyjechał znów Michał. Tym razem na tydzień w poszukiwaniu pracy. Pod koniec swojej wizyty dostał pracę! Dla mnie to dość duży szok, bo oznaczało to, że będzie musiał w ciągu zaledwie paru godzin wszystko zmienić w swoim życiu.

Cieszyłam się ogromnie, że nie będę musiała martwić się już odległością, w sumie to chyba nawet nie wierzyłam w to, co się właśnie działo. Za szybko, za pięknie. Coś musiało pójść nie tak, przecież zawsze coś się psuje, kiedy zaczynam być szczęśliwa.
Zabrał swoje rzeczy i przyjechał do stolicy… I wiecie co? Mam go tutaj. U siebie. Budzę się codziennie i mogę na niego patrzeć. Kiedy zasypiam, mogę zasypiać tuż obok. Dzień po dniu mogę z nim rozmawiać twarzą w twarz, pójść na spacer, na łyżwy, obejrzeć film, razem gotować. 


Spędzamy ze sobą tak dużo czasu, nie będę miała tego nigdy dość. Szukamy odpowiedniego mieszkanka i nałogowo pijemy herbatkę. I jestem szczęśliwa. 

            Nie wiem już czy tak miało być czy też Bóg wreszcie skierował swój wzrok na mnie, ale w moje wyjałowione serce ktoś wrzucił iskrę, od której zapaliły się wszystkie okruszki. Znów mam o co walczyć, mam motywację i siłę do życia. Dziękuję.

             W domu nie jest dobrze, rozmowy, kłótnie próbują odebrać mi ducha walki. Wiem, że nieświadomie, wiem, że rodzina chce dla mnie dobrze, ale niewiele wiedzą o mnie, a kiedy zaczynam tłumaczyć to kończy się to fiaskiem, a powtarzać setki razy i walczyć o chwilę posłuchu nie mam siły. Więc kolejny raz udam buntowniczkę i pokieruję swoim życiem całkowicie sama. Bez ryzyka nie ma nic.

            Rozmowy z mamą przybierają ostatnio różnorakie kształty. Od walki o moje zostanie przy niej po daleką przyszłość. Od codzienności do planów biznesowych. Czuję, że to nowy etap, że tym razem wszystko potoczy się inaczej. Każda moja ścieżka jest przecież inna. Gdyby wszystkie były takie same…nie trzeba by było się martwić o wybory.
Muszę zająć się poważnie swoim zdrowiem. Codziennie czuję się gorzej. Nie chcę nawet myśleć, co to może być i jak poważnie może to wpłynąć na moje życie. Sypie mi się kręgosłup i wariują hormony. Co jeszcze?

Mama z kolei po raz kolejny nie dowiedziała się nic pozytywnego od lekarza. Wręcz przeciwnie. Możliwe, że znów będzie musiała przechodzić przez to piekło. Kiedy w moim życiu układa się jedno, drugie wali się w pył. 

            Wczoraj zakończyłam coś, 
co trwało 6 długich lat. 
W różnych etapach, ale trwało. 
Bolesne zakończenie, bo przecież, kiedy ktoś jest obecny w Twoim życiu przez tyle lat, to, 
kiedy znika, znika też część Ciebie. 
I nieważne czy był miłością Twojego życia, 
czy przyjacielem, to boli tak samo. 
I boli mnie, że tyle mojego życia poświęciłam marzeniom, walce tak naprawdę o nic. 

Życzę Ci szczęścia. 
Nie wychodziło tak jak, powinno, bo nigdy tak naprawdę nie byliśmy sobie pisani. 
Dwa zupełnie różne światy 
nie mogły nigdy się spotkać w tym samym wszechświecie. 
Ja ogień, Ty woda. 


            Pokończyło się tak wiele spraw. Ale coś musi mieć kres, by coś mogło trwać. 

Ostatnio każdy kupił bilet w jedną stronę.
Michał do mnie.
Ja do przyszłości.
Ty do nowego życia.
Łukasz [*] do Oazy Spokoju. 



wtorek, 6 listopada 2012

Just fight.

Jak anioł
jednym skrzydłem dotykam nadziei  
co jak księżyc zawisła nade mną.
 I póki będzie trwać ta noc
nie odejdzie.
 Nie utonie w kolejnych kłamstwach
jakie napłyną wraz ze świtem.
 Nie kiedy jesteś blisko ,
kiedy czuję Twój oddech ,
słyszę bicie Twego serca..
 Nie odejdzie .
jeśli całe życie ma być ucieczką przed przeznaczeniem,
którego i tak nie da się oszukać
 to podejmę tę walkę.
w imię pustej naiwności ,
która jak wiatr wieje mi w oczy
i choć jest to walka z wiatrakami przegram ją świadoma , że zginęłam z miłości.


piątek, 5 października 2012

W oczekiwaniu na zimę...

Tym razem wracam tu szybciej. Potrzebuję lekkości, jaką daje mi pisanie. Chcę znów to poczuć. 


...
Pod koniec sierpnia zrobiliśmy sobie z Maćkiem wypad do Torunia. Spontanicznie, niewiele planując postanowiliśmy odwiedzić znajomych [których zresztą ja miałam zobaczyć po raz pierwszy].
Cieszyłam się na samą myśl o podróży, zwłaszcza, że jechaliśmy pociągiem. 
Zawsze lubiłam jeździć pociągami - wiele dobrych wspomnień , nawet kiedy droga była nudna i długa. 
Zostawiliśmy psa pod opieką mojego znajomego z pracy, co zresztą okazało się złym pomysłem... moja maleńka bestia demolowała jego mieszkanie dzień po dniu z tęsknoty za nami. 
Stresowałam się spotkaniem z chłopakami... no bo właśnie ... ja sama i ... 6 chłopaków? Przez dwa dni? 
Dopiero później przyjechała jedna dziewczyna, ale przywiozła kolejnego chłopaka ... więc było 2 na 7. 
Tak czy siak, okazało się, że wcale nie jest źle, zabawa była świetna, nowi znajomi jak najbardziej na tak. 
Nawet planujemy wspólną większą imprezę w grudniu. 
Cieszę się, że ich poznałam, wnieśli dużo radości w moje pochmurne dni. 
Oczywiście od pierwszego dnia melanżowanie.. ale uprzedzali, więc nie mam co narzekać i marudzić. 
Trafiłam nawet na festiwal światła. Ciekawe widowisko, było na co popatrzeć. 
Zwiedziliśmy trochę miasto, obkupiliśmy się pierników, odwiedziliśmy większość pubów, poszliśmy do krainy piwa, gdzie wypiłam zajebiste czeskie jagodowe piwo. 
Kupiłam sobie nawet toruńskiego osiołka... tak, tak kocham pamiątki. 
Próbuję jakoś zatrzymywać czas. 
Szkoda tylko, że nie było czasu na zdjęcia.... bo parę zaplanowałam a nie wyszło nic.. 
Ale przecież... jest jeszcze tyle dni przede mną. 
Dam radę następnym razem. Wiem to.

...
Na początku września była taka cudowna pogoda, że aż żal nie skorzystać. 
Wybrałam się więc do zoo. 
Znów. 
Tak, wiem , ile można chodzić do zoo, ale jak już mówiłam - nigdy mi się to nie znudzi.
 Zabrałam oczywiście aparat i znów męczyłam wszystko co się rusza. 
W swoim żywiole... 
Począwszy od roślinek, skończywszy na moim towarzyszu wyfociłam chyba wszystko co tylko było w moim zasięgu. 
A ile miałam przy tym zabawy, humor nie odstępował mnie na krok. 
Czułam się znów jak ta mała dziewczynka , zadowolona, że nikomu moja niedojrzałość wtedy nie przeszkadzała. 
To piękne uczucie. 
Jakże czasem mi go brakuje... 

...
Wróciły jednak wspomnienia. Wraz z przemijającym wrześniem, mijającym zbyt szybko słodkim latem. 
Smutek i rozczarowanie przeszłością, która wracała jak bumerang. 
Żałowałam wielu chwil, miliona decyzji. 
Nie wiem już jak wiele z nich wpłynęło na moje dotychczasowe życie niekorzystnie, marzę by choć parę z nich dało się zmienić, odwołać setkę słów, które poniósł wiatr. 
Może kiedyś te złamane obietnice da się poskładać. 

Może uda się zapomnieć. 
Naprawić swój świat. Naprawić wspomnienia. Żeby już tak nie bolało. 
Może...
Pojawił się strach. Całkiem niedawno... 
W dniu od którego pozostały tylko 3 miesiące do świąt Bożego Narodzenia.
Tak bardzo się boję tego dnia. 
Boję się samotności i ciszy jaka zagości w moim domu. Każde kolejne święta są coraz smutniejsze. Podzielona rodzina, która kiedyś była taka cudowna. 
Dom był azylem, teraz ściany przesiąknięte są bólem, wysłuchały tyle raniących słów, które nigdy nie miały prawa paść z moich, jej, ich ust... 
Co mogę teraz zrobić? Jak wiele mogę odwrócić? Scalić? Ocalić... 
Spalone mosty. 

...
Dobrze, że mam psa. 
Mała bestia, która ciągle wszystko gryzie, ale wystarczy , że się przytuli i pomizia swoim mokrym, zimnym noskiem... a świat staje się piękniejszy i znów pojawiają się kolory za oknem.



...

Brakuje mi spokoju. o p a n o w a n i a 
tak bardzo tego pragnę
Wybucham gniewem jak wulkan niszcząc przy tym wszystko i wszystkich, którzy starają mi się pomóc. 
Nie umiem powiedzieć co jest tego powodem,  nie umiem tego zatrzymać, zmienić, okiełznać furii jaka we mnie drzemie. 
Coś pękło, coś się ze mną stało. Zmieniłam się. 
Tak wiele zniszczyłam w swoim życiu, tak wielki obszar wypaliłam. 
Została czarna murawa, której nie da się już użyźnić, na której już nigdy nic nie wyrośnie. 
Myślę, że pora się z tym gdzieś udać, poprosić kogoś o pomoc. 
Wreszcie pokornie schylić głowę. Bo już dłużej nie mogę. Nie mam siły wstawać z łóżka, walczyć o swoje, zmieniać swojego życia. Nie mam na to ochoty. 
Nie chcę patrzeć na światło. Chcę spać i spać, nawet tysiąc lat. 
Zamknęłam się w swoim własnym świecie i nie wiem jak stamtąd wyjść. 
I nie muszę tego ukrywać, nie chcę, zbyt długo okłamywałam samą siebie, że jestem samowystarczalna, że dam sobie radę bez niczyjej pomocy, że niby jestem taka silna.
po prostu... nadszedł dzień kiedy wszystko co złe... połamało mnie.

...
Wreszcie praca. Nawet tu non stop jakieś problemy. Nie umiem tego uporządkować. Muszę zbyt wiele na raz pozmieniać w swoim życiu. Nie wiem za co powinnam się najpierw zabrać. Ale jeśli nie zrobię dużego kroku na przód... zniknę. Rozpłynę się w niebycie i stanę się jak warzywo. 


...
P a s j a ?
Rozwijam się dalej. 
Staram się być silna i robić coś, nawet przez siłę.
Dlatego właśnie pojawiłam się z aparatem na maratonie warszawskim i zrobiłam tam zdjęcia. 
Miałam śmieszną kamizelkę dla mediów i wejściówkę VIP. 
Skorzystałam. 
To była kolejna szansa.
Kocham to. 
Nawet jeśli nie mam siły. 
Jestem z siebie dumna. 
Przełamałam się, wyszłam z domu i zrobiłam to. 
Fotografowałam, opublikowałam i zrobiłam kolejny krok do przodu. 






...

 
Nie jest za późno na zmiany. Potrzebuję jedynie mentora.