Do
napisania tutaj zbierałam się chyba rekordowo długo. Może nie minęło wiele
czasu, ale stało się tak dużo w moim życiu, tak dużo się pozmieniało, że zdrowo
byłoby to z siebie wyrzucić.
Większość z tego to bolesne chwile, dlatego tak to
odwlekałam, z nadzieją, że nie będę musiała rozdrapywać ran, które dopiero, co
przeistoczyły się w strupki. Boję się blizn. Wracania po raz kolejny w otchłań
przeszłości. Stamtąd niemalże nie da się wrócić. A już na pewno nie wraca się
będąc tym samym człowiekiem.
Sami się o nie prosimy, albo nie mamy wyjścia.
Moje
piękne długie włosy umarły… spaliłam je doszczętnie chcąc zabawić się w
buntowniczkę o nienaturalnym kolorze fryzury. Niebieski toner leży gdzieś,
jeszcze nawet
nieodkręcony, zanim zdążyłam go nałożyć, rozjaśniacz wypalił
mi włosy.
Nie miałam innego wyjścia jak ścięcie moich skarbów.
Zatem znów mam
krótkie tak jak zaraz po Komunii Świętej. Tylko, że od tego czasu minęło już 12
lat… Szkoda mi… Wielka szkoda. Cóż zrobić.
Trzeba zacząć bardziej o siebie
dbać, a to wyjdzie mi tylko na zdrowie i już czekam z utęsknieniem dnia, w
którym znów będą długie.
Od jakiegoś
czasu zaczęło się ze mną dziać coś złego. Na początku nie zwracałam na to
uwagi, ale po jakimś czasie nawet moje własne zachowanie i odbicie w lustrze
zaczęło mi przeszkadzać. Dni się dłużyły, a ja nie miałam na nic ochoty.
Próbowałam to zwalczyć, wymyślałam, co raz to więcej dziwnych rzeczy byleby
tylko zabić czas, który stawał się powoli moim największym wrogiem.
Wielkimi
krokami zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Rok w rok są takie same:
przepełnione oczekiwaniem na cud, smutne, jakby na siłę. Co roku płyną łzy, co
roku życzenia tracą sens, a łamanie się opłatkiem sprawia ból. Jednak ja
naiwnie i tym razem wierzyłam, że będzie inaczej, że kolorowe światełka na
choince wprowadzą ciepło do domu, że kolędy, których dźwięki popłyną przy
kolacji uspokoją sytuację i nerwy, że białe płatki śniegu przykryją całą
nienawiść, jaka nas otacza. Chciałam w to wierzyć, choć gdzieś tam głęboko
wiedziałam, że tak nie będzie. Chyba potrzebowałam iskierki radości w tych
dziwnie przytłaczających mnie dniach.
Spadł
pierwszy śnieg. Wydawało mi się, że jest lekko, że ta zima będzie inna, jak z
bajki. Spacery z psem i jego radość na widok śniegu pozwoliły mi chwilowo o
wszystkim zapomnieć. Biegałam za nim ze śmiechem i obserwowałam jak godzinami
potrafił tarzać się w białym puchu. Czysta beztroska. Tęskniłam za takim
uczuciem. Jednak krótsze, ponure dni dały znać o sobie. Wreszcie dotarło do
mnie, co tak naprawdę się ze mną dzieje. Bałam się to głośno stwierdzić jakby
dławienie tego w sobie miało mi jakoś pomóc. Miałam depresję.
Pytanie tylko, jak głęboko sięgała?
Nadarzyła się okazja by
polecieć na osiem dni do Hiszpanii.
Zobaczyłabym Valencię, tak daleko od domu,
pierwszy raz szansa na zobaczenie Morza Śródziemnego.
W moich oczach pierwszy
raz od dłuższego czasu zapaliły się iskierki.
Pragnęłam tego wyjazdu z całych
sił.
Miałam nawet kupione bilety.
Odliczałam dni.
Jednak radość nie trwała zbyt
długo.
Brak środków finansowych skutecznie wybił mi z głowy wyjazd. Bilety
przepadły, wraz z nimi szansa na poprawę - choć w jednej milionowej mojego
samopoczucia. Zima mnie zabijała.
Mogłabym powiedzieć:
s t a g n a c j a .
Jednak tylko się pogarszało. Z dnia na dzień było ze mną
coraz gorzej. Nie miałam ani sił ani ochoty z tym walczyć.
O tym jak bardzo
jest źle dowiedziałam się dopiero wtedy, kiedy nie miałam sił wyjść z łóżka,
zasłaniałam żaluzje by promienie słońca nie wpadały do pokoju.
Światło mi
przeszkadzało, wywoływało we mnie furię.
Tę furię przelewałam na
współlokatorów.
Raniłam ich tym, choć nie chciałam.
To po prostu przychodziło i
uwalniało się jakbym nie miała nad sobą żadnej kontroli.
Kiedy przechodziło
przepraszałam za wszystko, tłumacząc, co się dzieje, prosząc o zrozumienie.
Czułam się tak jakby narodziło się we mnie alter ego.
Rozbiłam się na dwie
części. Rozłam niesłychanie boli.
W dzień było jeszcze w miarę znośnie, ktoś krzątał się po
mieszkaniu, rozmawiałam, odganiałam od siebie natłok obrzydliwych myśli.
Noce
były straszne.
Kiedy leżałam w łóżku, przytłaczała mnie cisza.
Myśli atakowały
z każdej strony i nie miałam jak od nich uciec. Słyszałam w sobie głosy, jakby
toczyły walkę, a wspomnienia – niekoniecznie te dobre – wracały z pełną
ostrością.
Dusiłam
wszystko w sobie, bałam się wypuścić te demony na zewnątrz, poprosić o pomoc.
Nie wiem dlaczego dałam się temu wszystkiemu zastraszać, samej sobie, sytuacji,
która starała się mnie zniszczyć.
Może bałam się, że uwolnienie negatywnych
emocji mogłoby mnie całkowicie złamać?
Czułam się tak, jakbym właśnie podpaliła most, po którym
miałam iść.
Prócz
depresyjnych demonów odwiedziły mnie również te przeszłości.
Oglądałam stare zdjęcia
rozdrapując rany, które powinnam przyjąć za zagojone.
Zastanawiałam się czy
kiedykolwiek byłam szczęśliwa, jeśli tak, to z kim i dlaczego.
Próbowałam
rozgryźć, co takiego muszę zmienić w samej sobie, bo o własnej winie również
byłam przekonana.
Nie wiedziałam i chyba nadal nie do końca wiem, od czego
powinnam zacząć.
Nie wiem też czy starczy mi sił.
Całe szczęście, że teraz nie
jestem z tym całkiem sama.
Poznaję w sieci wiele osób.
Tym razem dane mi było poznać osobę,
która pięknie rysuje. Naszła mnie mała ochota, żeby znów wziąć do rąk ołówek.
Tak też zaczęły się komiksowe bitwy rysunkowe.
Co tydzień nowy temat, rywalizacja, pomysły…
Wzięłam udział
w dwóch, teraz próbuję się na siłę przekonać i zmusić do trzeciej, bo znów
brakuje mi ochoty na cokolwiek, a pierwsze, co muszę w sobie zniszczyć to
słomiany zapał.
Muszę wreszcie zacząć coś i porządnie to zakończyć.
Moje czarne myśli i wizje dały o sobie znać, kiedy do
tematów: ROMANTYK i MARZENIA SIĘ SPEŁNIAJĄ narysowałam dwa koszmarne rysunki.
Może z czasem mi to przejdzie, może pod tym względem jeszcze nie dorosłam. Nie
wiem. Póki co, krzywdy ludziom tym nie robię.
Rysować zamierzam dalej, choćbym miała się do tego zmuszać,
pierwszy krok w walce ze sobą samą.
Za mną
pozostało kolejnych kilka nocy pełnych przemyśleń. Zastanawiałam się czy życie
ma sens, karciłam się za tak dziecinne myśli i znów o tym rozmyślałam. Błędne
koło. Chwilami wydawało mi się, że już zupełnie oszalałam. Bałam się, że moje
ciężkie chwile trafiły na kres wytrzymałości i że już dłużej nie mogę być tą
silną dziewczynką, która ze wszystkim tak świetnie sobie radzi i której ludzie
czasem mówią, że sami się dziwią jak długo mogłam dawać sobie z tym wszystkim
radę. A kiedy powiem sobie dość?
***
Pojawił się
w moim życiu Michał. Stopniowo. Kroczek po kroczku, mimo, że minęło tak
niewiele czasu. Graliśmy razem, niemalże nic do siebie nie mówiliśmy. A później
to wszystko zastąpiły rozmowy na skype. Godzinami. Potrafiliśmy przegadać 14
godzin non stop. Wiem, że to czyste szaleństwo, ale pierwszy raz od
niepamiętnych czasów poczułam, że ktoś próbuje mnie zrozumieć. Najgorsze było
to, że ludzie, którzy wydają mi się przyjaciółmi są daleko. Nie mogę z nimi
usiąść twarzą w twarz i spokojnie porozmawiać. To boli. Tak było i tym razem.
Doceniałam to, ile poświęca mi czasu, kosztem swojego prywatnego życia. Całe
dnie, niekiedy noce do świtu rozmawiając o wszystkim.
Zaczęłam przez niego słuchać innej muzyki. Całkiem oddaliłam
się od ciężkich brzmień jakimi żyłam na co dzień. Chyba mi to nie
przeszkadzało. Dziwiłam się jedynie, że ktoś, kogo zupełnie nie znam potrafi z
daleka na mnie wpłynąć i zmienić mnie. Może w niewielkim stopniu, ale zmienić.
Czego nie potrafiłam zrobić ani ja, ani ludzie, z którymi żyłam, na co dzień. Codziennie
czekałam aż znów porozmawiamy. Brakowało mi tego. 400 km ode mnie był ktoś,
komu nie bałam się opowiadać o sobie.
W
międzyczasie pojawiły się pierwsze informacje o Ursynaliach 2013. Cennik i
pierwsze gwiazdy: Him, Luxtorpeda, Bulle For My Valentine. Cieszyłam się przez
chwilę, że w lato znów będę miała okazję dobrze się pobawić i poniekąd cieszył
mnie fakt, że mam znów, do czego odliczać.
Planowaniom
jednak nie było końca. Za pasem był sylwester. Zaproponowałam żebyśmy spotkali
się na nim wspólnie wraz ze wszystkimi osobami, z którymi razem gramy. To
byłoby jakieś 18 osób. Duża impreza, ale wiem, że mogłoby być świetnie. I
wreszcie poniekąd mogłabym poznać osobiście Michała. Prócz skype zaczęliśmy
pisać do siebie smsy, w tysiącach jak się później okazało. Lepsza jakakolwiek
forma poznania, niż nic.
Doszła kamerka. Więc dodatkowo mogłam się z nim widzieć. Od
początku słysząc jego śmiech wiedziałam, że to ktoś wyjątkowy. Kiedy mogłam
zobaczyć jak się uśmiecha, poczułam w tym swoim wyjałowionym sercu ciepło.
Jakby ktoś na chwilę je podpalił. Poczułam przez tę sekundę, że żyję, że nie do
końca wszystko we mnie się wypaliło. I te oczy. Nikt nie miał takich oczu.
Uwielbiałam w nie patrzeć, czytałam z nich jak z otwartej książki. Pierwszy raz
w życiu. Jak w bajce.
Czas jakby
przyspieszył.
Strasznie się zaniedbałam. Bolało mnie to, że sama tego nie
zauważyłam, a później było już za późno.
Wreszcie pojawiła się motywacja do
działania, do zmian. Jak najwięcej, jak najszybciej. Dobre uczucie.
W moim
życiu pojawiło się więcej rapu. Słuchałam już tylko tego, dzień w dzień bez
końca ucząc się piosenek mimowolnie na pamięć.
Skłaniał mnie do refleksji,
pomagał radzić sobie z codziennością.
A przecież to tylko muzyka.
I rozmowy.
Dzień po dniu mogłam patrzeć na chłopaka, który był jak nierealny sen.
W tym
czasie coś się działo. Nic nie było już piękne jak na początku, w październiku,
kiedy się wprowadziłam. Co raz mniej rozmów, co raz mniej zrozumienia i co raz
mnie interesowania się wzajemnie. Zaufania, siły do siebie, wszystkiego zaczęło
brakować.
To chyba tylko przyzwyczajenie. Czy z uczuć można tak szybko
rezygnować?
Michał.
Kolejne dni. Noce. Sny. Plany. Oczekiwanie. Obsesja.
Nie wiedziałam, co się dzieje. Nie chciałam poniekąd tak się
czuć. Wiedziałam, że to nie powinno się zdarzyć, że kogoś miałam. Że powinnam
dbać o uczucie, które już miałam. Ale nie byłam pewna, czy całkiem już nie
wygasło. Mogłam się o tym przekonać poznając innego człowieka.
Nastał ten
okrutny wieczór, w którym bez limitu polał się alkohol, w którym wypomnieliśmy
sobie wszystko, awantura i hektolitry łez.
Niewiele pamiętam z tego wieczoru.
Kilka słów wyszeptane do telefonu i prośba, by ktoś mi pomógł. Nie chciałam nic
więcej poza poczuciem ulgi, choć na chwilę. Było mi tak źle, czułam, że to kres
wszystkiego.
Całej mojej siły, tak jakbym poddała się w walce.
Zasnęłam
nieprzytomna.
Podobno człowiek po alkoholu mówi tylko prawdę.
Musiałam poprosić
o pomoc skoro rano dowiedziałam się, że ten nierealny Michał, który wydawał się
mnie rozumieć jedzie do Warszawy, do mnie.
Byłam w szoku?
Byłam zła?
Bolała mnie potwornie głowa, a
telefon był jedynym dowodem na to, że coś w ogóle wydarzyło się tamtego
wieczora.
Przyjechałam po niego na Dworzec Centralny. Z kilogramem
tapety żeby ukryć to potworne zmęczenie, niewyspanie i kaca. Rozpromieniłam
się, kiedy tylko go zobaczyłam, a negatywne emocje zeszły ze mnie
natychmiastowo. Pozostało tylko zmęczenie, z którym nie dało się walczyć.
Mieliśmy tego dnia zobaczyć kawałek Warszawy. Próbowałam
pokazać mu cokolwiek, ale Michał jak to Michał nie odrywał ode mnie wzroku.
Zawstydzona udawałam, że wszystko jest w porządku. Było miedzy nami coś, co
wyczuwało się w powietrzu. Może to prawda, że istnieje miłość od pierwszego
spojrzenia, albo przeznaczenie. Tak czy siak, coś wisiało w powietrzu.
Michał był
u mnie parę dni. Wystarczająco, żebym zdała sobie sprawę, że moje dotychczasowe
życie nie było życiem, jakie chciałam wieść.
Zrobiłam coś potwornego, owszem, ale… czy był sens męczyć
się wzajemnie ze sobą?
Przepraszam. Przepraszam Cię za wszystko. Nie chciałam żeby
tak wyszło. Sprawy jednak potoczyły się inaczej. Nie tego chciałam. Ale nie
powinnam Cię dalej ranić. A byłoby tak gdyby tamtego dnia sprawy obrały inny
obrót.
Teraz będzie lepiej. To przejdzie. Z czasem. Ale na pewno.
Tak więc…
znalazłam się u mamy. Znów. Brutalnie. Aczkolwiek po tygodniu poczułam ulgę.
Pisząc po tygodniu, mam na myśli to, że siedem długich dni nie bardzo mogłam
dojść do siebie. Za dużo się wydarzyło, gryzło mnie sumienie, chciałam
zapomnieć o całym świecie i było mi naprawdę bardzo ciężko. I nie myśl, że nie
martwiłam się o to, jak sobie z tym poradzisz. Martwiłam się. Naprawdę. Ale
gdybym do tego wróciła jakkolwiek, zabilibyśmy się nawzajem kłamstwami.
Z czasem pojawiły się nowe plany. Z
racji tego, że Michał był przy mnie obecny cały czas i okazał się być takim
samym człowiekiem, jakim chciałam żeby był i jakim się wydawał na odległość,
chcieliśmy być trochę bliżej siebie. Tak narodził się plan przeprowadzki
Michała do Warszawy. Odsuwałam tę myśl, bo wiedziałam, że prędko się to nie
wydarzy. Nie można ot tak rzucić wszystkiego i wyjechać. Wiem po sobie jak
ciężko jest się zaadaptować, kiedy wyjeżdża się pierwszy raz. W końcu sama
troszkę podróżuję po tej naszej Polsce z walizkami. Jednak wtedy jeszcze nie
wiedziałam jak bardzo potrafi być uparty…
Najpierw pojawia
się zwyczajna tęsknota jak to bywa, kiedy zdajesz sobie sprawę, że potrzebujesz
wsparcia albo uśmiechu i musisz na to sporo czekać.
Jednak później pojawia się
obawa.
Bardzo nieprzyjemna.
Mówi Ci do ucha, że nic się nie ułoży, że kilometry
zniszczą wszystko, o co chcesz walczyć, obojętne jak silnym by się to wydawało.
Do mnie tez przypełza taka chwila, kiedy zwątpiłam.
Tylko wiem, że i tak będę
walczyć do końca.
Nawet, jeśli jest to walka z wiatrakami.
Niepewnie zaczęłam
również planować.
Nową przyszłość.
Nie wiedząc jak to wszystko się potoczy.
Po
wyprowadzce z Niedźwiadka musiałam wrócić po rzeczy. Było to dla mnie bardzo
ciężkie. Jednak spędziłam tam sporo czasu. Przyzwyczajenie robi swoje.
Dodatkowo mam tam psa, za którym szalenie tęsknię. Zobaczenie go tylko na
chwilę i ponowne opuszczenie byłoby dla mnie jak wyrwanie kawałka serca. Jednak
musiałam to zrobić. Nie obeszło się bez awantury i łez, ale to oczyszcza
sytuację. Piesek…podrósł. Tęsknota również. Niestety na tamtą chwilę nie mogłam
nic z tym zrobić.
Wracając do
sylwestra. Oczywistym było, że ten planowany nie wypali. Trzeba było zmienić
plany, jako, że chyba nikt w Nowy Rok nie chciałby być sam. Z racji tego, ze
spędzam tyle czasu z Michałem postanowiliśmy i Sylwestra spędzić razem.
Wiedzieliśmy, że w Warszawie, o resztę mieliśmy się zatroszczyć, tymczasem
stawiałam czoła awanturom w domu, czyli kolejny raz powrót do przeszłości…tym
razem jednak w czasie teraźniejszym. Nic się nie zmieniło. Krzyki, pretensje o
wszystko. I ja, która niewiele może z tym zrobić, modląca się by jak
najszybciej uciec z tego miejsca. Mieć ciszę, spokój, wolność, azyl, którego
tak bardzo mi brakuje. Przez całe życie.
Na
sylwestra ostatecznie wynajęliśmy kawalerkę – studio, śliczną, kameralną,
ciepłą…aż miło było tam razem spędzać czas. Z 2 dni sylwestrowych zrobiło się
siedem. Albo i więcej. Nawet dokładnie nie pamiętam.
To były jedne z najpiękniejszych dni w moim życiu.
Poczułam w tym mieszkaniu dziwny spokój. Jakby nie liczyło
się nic więcej. Jakbym wreszcie znalazła własny dom. Chciałabym czuć tak za
każdym razem, kiedy wracam do domu. Szkoda, że jeszcze nie mam na to szans.
Potem nastał czas przykrego rozstania, kiedy płynęły mi łzy
przy autokarze. Zadawanie sobie setki pytań, dlaczego i kiedy znów się
zobaczymy.
Awantury w
domu się jedynie wzmacniały, powoli miałam dość wszystkiego, odliczałam dni do
kolejnego spotkania, marzyłam o dniu, w którym kupisz bilet tylko w jedna
stronę.
Powiedziałam Ci ważną dla mnie rzecz, coś, czego bałam się
powiedzieć komukolwiek. Nie wiedziałam jak zareagujesz. Tego bałam się chyba
najbardziej. A Ty po prostu to zrozumiałeś, wiedziałam już, że mogę na Ciebie
liczyć w każdej sytuacji i że nie muszę mieć przed Tobą żadnych tajemnic,
pomożesz mi ze wszystkim jak tylko będziesz umiał najlepiej. Cudowne uczucie.
To wszystko tylko utrwaliło to, co było już między nami. Mogło
być lepiej? Mogło. I tak też niebawem miało się stać.
pójść na sesję zdjęciową,
bo w tym wszystkim
zupełnie zapomniałam o tym,
co kocham.
Fotografowałam tym razem Monikę,
z którą
naprawdę dawno się nie widziałam.
Było zimno i ponuro,
ale i tak zdecydowałyśmy
się wyjść
i coś razem stworzyć.
Namarzłyśmy się konkretnie
stojąc w tym zimnie w parku i
robiąc zdjęcia.
Niestety nie ma się czym chwalić,
światło było koszmarne,
szybko robiło się ciemno,
na jakikolwiek promień słońca nie było co liczyć,
więc wyszperałam jedynie kilka zdjęć a sesję mam nadzieję powtórzyć jak tylko
zrobi się ciut cieplej,
albo pokaże się chociaż słoneczko.
Kilka dni
później przyjechał znów Michał. Tym razem na tydzień w poszukiwaniu pracy. Pod
koniec swojej wizyty dostał pracę! Dla mnie to dość duży szok, bo oznaczało to,
że będzie musiał w ciągu zaledwie paru godzin wszystko zmienić w swoim życiu.
Cieszyłam się ogromnie, że nie będę musiała martwić się już
odległością, w sumie to chyba nawet nie wierzyłam w to, co się właśnie działo.
Za szybko, za pięknie. Coś musiało pójść nie tak, przecież zawsze coś się
psuje, kiedy zaczynam być szczęśliwa.
Zabrał swoje rzeczy i przyjechał do stolicy… I wiecie co?
Mam go tutaj. U siebie. Budzę się codziennie i mogę na niego patrzeć. Kiedy
zasypiam, mogę zasypiać tuż obok. Dzień po dniu mogę z nim rozmawiać twarzą w
twarz, pójść na spacer, na łyżwy, obejrzeć film, razem gotować.
Spędzamy ze sobą tak dużo czasu, nie będę miała tego nigdy
dość. Szukamy odpowiedniego mieszkanka i nałogowo pijemy herbatkę. I jestem
szczęśliwa.
Nie wiem
już czy tak miało być czy też Bóg wreszcie skierował swój wzrok na mnie, ale w
moje wyjałowione serce ktoś wrzucił iskrę, od której zapaliły się wszystkie
okruszki. Znów mam o co walczyć, mam motywację i siłę do życia. Dziękuję.
W domu nie jest dobrze, rozmowy, kłótnie
próbują odebrać mi ducha walki. Wiem, że nieświadomie, wiem, że rodzina chce
dla mnie dobrze, ale niewiele wiedzą o mnie, a kiedy zaczynam tłumaczyć to
kończy się to fiaskiem, a powtarzać setki razy i walczyć o chwilę posłuchu nie
mam siły. Więc kolejny raz udam buntowniczkę i pokieruję swoim życiem
całkowicie sama. Bez ryzyka nie ma nic.
Rozmowy z
mamą przybierają ostatnio różnorakie kształty. Od walki o moje zostanie przy
niej po daleką przyszłość. Od codzienności do planów biznesowych. Czuję, że to
nowy etap, że tym razem wszystko potoczy się inaczej. Każda moja ścieżka jest
przecież inna. Gdyby wszystkie były takie same…nie trzeba by było się martwić o
wybory.
Muszę zająć się poważnie swoim zdrowiem. Codziennie czuję
się gorzej. Nie chcę nawet myśleć, co to może być i jak poważnie może to
wpłynąć na moje życie. Sypie mi się kręgosłup i wariują hormony. Co jeszcze?
Mama z kolei po raz kolejny nie dowiedziała się nic
pozytywnego od lekarza. Wręcz przeciwnie. Możliwe, że znów będzie musiała
przechodzić przez to piekło. Kiedy w moim życiu układa się jedno, drugie wali
się w pył.
Wczoraj
zakończyłam coś,
co trwało 6 długich lat.
W różnych etapach, ale trwało.
Bolesne zakończenie, bo przecież, kiedy ktoś jest obecny w Twoim życiu przez
tyle lat, to,
kiedy znika, znika też część Ciebie.
I nieważne czy był miłością
Twojego życia,
czy przyjacielem, to boli tak samo.
I boli mnie, że tyle mojego
życia poświęciłam marzeniom, walce tak naprawdę o nic.
Życzę Ci szczęścia.
Nie wychodziło tak jak, powinno, bo
nigdy tak naprawdę nie byliśmy sobie pisani.
Dwa zupełnie różne światy
nie
mogły nigdy się spotkać w tym samym wszechświecie.
Ja ogień, Ty woda.
Pokończyło się tak wiele spraw. Ale coś musi
mieć kres, by coś mogło trwać.
Ostatnio każdy kupił bilet w jedną stronę.
Michał do mnie.
Ja do przyszłości.
Ty do nowego życia.
Łukasz [*] do Oazy Spokoju.










Brak komentarzy:
Prześlij komentarz