piątek, 27 maja 2011

Nowe zycie - nowa szansa.

Trochę się u mnie pozmieniało. Kilka rzeczy wywróciło się do góry nogami, a ja niezgrabnie próbuję je zapamiętać, zamiast zapisać choćby na szybko i utrwalić. 
Maj był bardzo udanym miesiącem... teraz się kończy i zacznie się kolejny udany. Skąd wiem? Tak czuję. Nie może być źle, życie nie jest aż tak okrutne.
Znalazłam nową pracę. Cieszę się z niej choć jest tak ciężka, że po powrocie do domu tylko śpię, a kiedy wstaję nie czuję ani rąk ani nóg. Ale sama się o nią postarałam, sama wyszukałam, sama odbyłam rozmowę kwalifikacyjną, sama stanęłam oko w oko z moim angielskim w praktyce i sama przeszłam przez szkolenie. I jestem z siebie cholernie dumna. I mimo, że czasem nie wiem jak się nazywam to za miesiąc będę szła do niej z uśmiechem. Kwestia przyzwyczajenia.
Najgorzej było na początku kiedy nie miałam zielonego pojęcia o zasadach jakie panują w tym klubie. Dobra...chodziłam tam często ze znajomymi, ale jakoś nigdy się nie przyglądałam, choć wiele razy mówiłam im, że bardzo chciałabym tu pracować. Wreszcie się udało.
Zaczynam pracę przeważnie o 18, kończę o 4, 5 rano. Mimo, że jestem zmęczona to lubię te poranki. Jest pusto i chłodno. I czuję się spełniona, tak jakbym wykorzystała w pełni dzień. Dobrze wykorzystała.
Mój szef jest naprawdę świetny. Wytatuowany, wykolczykowany, na luzie. Ok, jest strasznie dokładny, ale taką ma pracę, nie mogę na to marudzić. Zresztą wszystkie szczegóły o które tak dba przydadzą mi się później. :)
...
Oprócz pracy wreszcie zaczęłam odczuwać lato. Zacznę je z przyjaciółmi piknikiem nad Wisłą. 
Przyjedzie Sergiej, przyjedzie Katt, Monika, Łukasz... Stąd zabiorę Radka, Monic... rozbijemy namioty, zrobimy mnóstwo zdjęć i pospacerujemy nocą po tym naszym małym 'Nowym Jorku' . Może ognisko? I mnóstwo innych rzeczy, które nie mogą się nie udać. 
To już tak niedługo! Jeszcze tylko 6 dni. 

A teraz... teraz też wcale nie dzieje się mniej. Wczoraj byłam na miłym spacerze z Radkiem. Potrzebowałam takiej rozmowy, spotkania. Było krótkie, ale oboje po pracy byliśmy ledwo żywi. 
W sobotę idę do pracy, w niedzielę... no właśnie, na niedzielę dostałam zaproszenie na zdjęcia od Radka, ale nie wiem czy się z nimi zabiorę, czy nie lepiej wypocząć na poniedziałek... Na początku tygodnia wybieram się z nim na rolki i odebrać czarną kosmatą kulkę, która wreszcie będzie biegać po moim mieszkanku! I rozdawać ogrom radości każdemu kto zgodzi się, żeby wdrapała mu się na kolanka! 
We wtorek bajkowe zdjęcia o 17stej na Fortach - również z Radkiem. 
Od środy piknik o którym wspomniałam i dwie kolejne - tematyczne sesje. 
Jest cudownie. 
...
Dziś był Dzień Matki. Cieszę się, że udało mi się zaskoczyć Moją i kurier (choć nieco spóźniony) wręczył jej duuuży prezent od Wedla wraz z życzeniami, które próbowałam spleść wierszem.
Lubię kiedy się uśmiecha, jest dla mnie całym światem.
                                                                     

A teraz uciekam, bo muszę się wyspać. Tyle mnie czeka!


sobota, 21 maja 2011

Feel like God

`Mogę zatrzymać deszcz, gdybym tylko tego chciała.`

Ostatnie dni są pogodne. Nie tylko przez słońce, które zdaje się wyczerpywać swoją energię...
Wszystko zaczęło się pozytywnie układać, awantury zniknęły, jakby ktoś wymazał je z rysunku gumką.

Scenariusz nabiera barw, może zmieniłam punkt widzenia? Coraz częściej mam powody do uśmiechu. Zaczęłam żyć. Tak bardzo mi tego brakowało. 
Odnowiłam kilka znajomości, kilka osób się wyłamało, a ja i tak wiem, że przede mną jeszcze wiele pięknych chwil. 
Zaczyna się pomalutku czerwiec. Urodzinowy miesiąc. 
Urodziny Tomka, urodziny Moniki, moje urodziny, urodziny Sergieja.
I Punx Piknik we Wrocławiu, którego nie mogę się doczekać. 
1, 2 i 3 czerwca piknik w Warszawie, czy też może nad Zalewem Zegrzyńskim. W doborowym towarzystwie. Fajna opcja. Trochę odpoczynku i rozrywki jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
A później trzeba wziąć się do pracy. No właśnie... praca.

Wreszcie dostałam pracę w klubie.! Co prawda będę wracać do domu nad ranem, ale nie mam co narzekać, klimat i szef świetny! I myślę, że to odpowiednie miejsce. :)
***
Tęsknię trochę. Resztę bólu przesłania mi akcja, która co chwilę nabiera nowej prędkości.
Teraz jeszcze zimne irlandzkie piwo z mamą przy rozmowie. Tak, tego mi potrzeba do dzisiejszego chill out'u.

wtorek, 17 maja 2011

Czas dlugich warszawskich wedrowek

Ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem spacerów. Nie były takie zwykłe, krótkie i pozbawione sensu. Były idealne: takie, na których cały czas się rozmawia i nie brakuje tematów i podczas których ciągle ktoś głośno się śmieje. 
W weekend przyjechała moja Katt, z którą nie widziałam się 10 miesięcy. Podobno myślała, że nie będziemy miały o czym rozmawiać...ale to przecież my, to przecież moja przyjaciółka. Po prostu przytuliłyśmy się kiedy odebrałam ją spod Pałacu i wszystko było tak, jak zostawiłyśmy to te miesiące temu. Nikt tego nie naruszył. 
Spacery po mieście, zdjęcia, piwo + jedzenie na szybko, które wyglądało makabrycznie ale smakowało nieziemsko... i tylko my potrafimy takie coś przyrządzić. ^^
I wieczorne spotkanie u Moniki... i Noc Muzeów. We trójkę.
Tylko my jesteśmy na tyle szalone żeby ubrać się tak mrocznie a zachowywać się jak kolorowe jednorożce - z uśmiechem podskakując między ludźmi i śmiejąc się z cmentarnej atmosfery jaka zagościła w Łazienkach Królewskich tamtej nocy... 
Mam cudownych znajomych... nie mogę zaprzeczyć. Dziękuję Wam za te dwa dni. Były idealne, pozytywne i napawające mnie ogromną dawką nadziei na lepsze jutro! :)
...
A dziś? Dziś spotkałam się z Karolem, którego nie widziałam 3 lata. 
Po prostu przez chwilę wpatrywałam się w niego i zastanawiałam nad tym, jak szybko potrafią powrócić wspomnienia. 
Wszyscy się zmieniamy... zmienił się i on, choć uparcie twierdzi, że wcale tak nie jest. 
Nie to, że stał się całkiem innym człowiekiem, ale więcej w nim dorosłości, planów...ambicji. 
Spacerowaliśmy dziś dobre kilka godzin.
Najpierw cola w HardRock'u , później Park Skaryszewski, który dziś wydawał się niemalże magiczny. Pogoda co chwilę się zmieniała, więc park to lśnił od słońca, to stawał się cienisty i mroczny. 
Do tego te wszystkie kwiaty i kaskada wodna tak bardzo uspokajająca. I wiatr, który był dla mnie dziś kolejną dawką ukojenia. Rozwiał wątpliwości i smutki... zabrał ze sobą.
Później nasz genialny pomysł, żeby wybrać się do klubu więc padło na Indeks. :)
Najpierw okropne piwo, ale było zimne, więc przebolałam a później Sweet Dream Of Melody, które dostałam w 4 shotach. Genialna sprawa: likiery z mlekiem i kremem <333!
Później Starówka, na której Karol złapał dla mnie gołąbka ! :D I mogłam go pogłaskać i potrzymać w łapkach przez chwilę ! :D uroczy... ^^
I i i później jeszcze Park Ujazdowski i masa kwiatów białego bzu jakie tam dostałam :D 
i Łazienki Królewskie, w których trochę pobłądziliśmy i napastowaliśmy pawie :D 
I w końcu jak zwykle prawie spóźnieni na dworzec... i pojechał. Pf.
A jutro.. jutro się lenię. I dopiero w środę kolejna dawka spacerowania. Tym razem z Vampirem na rolki... spodziewam się kontuzji :D co najmniej jednej ^^



środa, 11 maja 2011

Pokaz mody. Wroclaw.


Podobno najlepszym sposobem oderwania się od rzeczywistości jest stworzenie sobie tej drugiej – lepszej. Choć na chwilę.
Udało mi się. Te kilka momentów, w których nie myślałam o tym, co się właśnie dzieje w mojej głowie, sercu, duszy.
Weekend. Ten najpiękniejszy, najbardziej pozytywny i ten, który tak wiele zmienił. 
Pół życia przekręcił do góry nogami.
…
Czwartek. 13.57, czy też powinnam napisać 14.10 kiedy to podjechał pociąg z moją Pandi i mogłam się wreszcie z nią spotkać. Po taaaaak długim czasie. 
Jak sen… poznajesz kogoś, kto okazuje się aniołem podnoszącym Cię za każdym razem kiedy upadasz, jeszcze zanim zdążysz się zranić. Tacy ludzie istnieją? Zawsze są daleko, za daleko. 
I nagle okazuje się, że mogą być na wyciągnięcie ręki. Pewnego dnia po prostu spotykasz ich na swojej drodze, możesz się zatrzymać i pójść już dalej z nimi. 
Jak we śnie, bajce, która nie może się źle kończyć.
Tego dnia wybrałyśmy się na wieczorny spacer po Warszawie, może był krótki, ale to zawsze coś, zresztą Monika była zmęczona po podróży, było gorąco i ciśnienie szalało jak stado motyli, które to opadają to wzbijają się ku górze.
W nocy obejrzałyśmy ‘Oczy Julii’ i jak zwykle pakowałam się na ostatnią chwilę, wrzucając do walizki ubrania.
Zmarzłam w nocy ^^ ale! To Pandi chciała otworzyć okno :D!
Piątek. 6.00, czy też kilka minut po… bo trzeba zejść z łóżka.
Rano na szybko śniadanie, które nie bardzo chciało się przyjąć w moim żołądku… Temperatura zdecydowanie zbyt chłodna… i gęsta mgiełka wydobywająca się z ust przy każdym słowie. Poprawka pakowania trwająca za długo i wyjście z domu w ostatniej chwili… kiedy do pociągu było zaledwie piętnaście minut trafiłyśmy w korek…bez biletów i czasu… zdążyłyśmy chyba cudem.. tak po prostu miało być.
Pociąg… temperatura na zewnątrz coraz wyższa a w pociągu włączone ogrzewanie.. 
Prima Aprilis było wcześniej… Istne piekło, ale ! Podróż minęła…bez ofiar. 
Kilkadziesiąt minut czytania książki… Murakami < 3 I kilkanaście spania w tym ukropie..
I wreszcie 15.44 – Wrocław! I dziwna radość połączona z lekkim ukłuciem żalu i nienawiści do samej siebie, czując znów miejsce, w którym tak wiele narodziło się spraw.
16.00? Parę minut po, kiedy to spotkałyśmy się z Łukaszem i pojechałyśmy do domu.
Obiad, ogarnięcie się i spotkanie z Sergiejem… już nie pamiętam o której. 
Po 19stej… tak mi się jakoś wydaje. W każdym razie zapamiętałam nasze kilkakrotne próby przejścia przez zamkniętą bramę Cmentarza Żydowskiego, drut kolczasty i ostre zakończenia drążków, z którymi walczyłam zaciekle. W końcu stróż-nie stróż straszący nas między pomnikami i chwila wytchnienia przed pomnikiem na ławeczce, gdzie wreszcie mogliśmy porozmawiać i napić się. Bourbon + desperados. Na dziko ^^
Stanowczo za mało czasu, więc spotkanie trzeba powtórzyć a będzie ku temu niejedna okazja, na pewno .
'Teatr Lalek' [od lewej:Monika,Łukasz,ja]
Powrót po 23 do Pandi, znów. I oczekiwanie na kolejny dzień, cały główny powód przyjazdu do Wrocławia.
Sobota. Nie mam pojęcia o której w końcu wstaliśmy i wyszliśmy na miasto, ale oprócz fotek, długich rozmów, spacerów i fajnej atmosfery pojawiliśmy się spóźnieni całą godzinę w Browarze Mieszczańskim – na próbie, czy też już po niej. Tam wreszcie poznalyśmy MissMolly, Agę , Papi i całą resztę, a ja wreszcie miałam okazję spotkać się z Olą.
Strój jaki miałam nosić na pokazie był uroczy, szkoda tylko, że w odcieniu różu ^^ . 
Ale trochę słodkości nigdy nie zaszkodzi.
Próba trwała dosłownie chwilkę, podczas której zaledwie dwa razy przeszłam się po wybiegu, na dodatek w trampkach.
Przy samym wybiegu siedział Łukasz, który troszkę nam uciekł podczas kiedy byłyśmy z Moniką „molestowane” przez wizażystki i fryzjerki[?] . Strasznie długo zeszło przy makijażu, ale ostatecznie byłam bardzo zadowolona z efektu, to samo z pin-up’ową fryzurą, jaką mi zrobiła Ania.
Pokaz kolekcji 'MissMolly'

Jednak ogromna fala stresu wcale nie zamierzała tego wieczora mi odpuścić. 
Pojawiła się stopniowo kilkadziesiąt minut przed pokazem. Więc niewiele myśląc skierowałam się do baru żeby „dodać sobie odwagi”. Przy zakupie wódki [miałam nadzieję, że prócz odwagi trochę mnie rozgrzeje, bo było bardzo zimno] pojawił się ni stąd ni z owąd Sergiej, który do tej pory nie wiem jak mnie poznał xP. W każdym razie bardzo się ucieszyłam, że przyszedł, wypiliśmy drinki, poszliśmy pod wybieg do Łukasza i musiałam uciekać, żeby poprawić ostatecznie makijaż i przygotować się do pokazu.
Monika niestety nie była ze mną w tej samej grupie, przez co w całym tym chaosie miałyśmy mało czasu żeby porozmawiać na spokojne.
Pokaz…był cudowny. Zaczął się po 22… z małym opóźnieniem, ale było fajnie. 
Może nie jestem przyzwyczajona do takiej ilości osób oglądającej mnie w krótkiej spódniczce, dodatkowo robiących zdjęć z każdej strony czy klaszczących, ale musi być ten pierwszy raz i nie mogę zaprzeczyć, że to jest niesamowite uczucie.
Gdybym mogła pewnie powtórzyłabym to kilka razy, więc czekam jedynie na dobrą okazję.
W całym tym tłumie pojawił się i Tomek, ale gdzieś zniknął.. więc nie miałam okazji się z nim wtedy zobaczyć, trudno… choć było mi trochę przykro.
…
Po pokazie późno w nocy wróciłyśmy do domu…
Niedziela… Niedziela była bardzo fajna. Do 15 spaliśmy , czy też wylegiwaliśmy się w łóżku zastanawiając się czy jest sens z niego wychodzić. Później obejrzeliśmy film… - Kick-Ass , który niesamowicie poprawił mi humor no i ostatecznie po 18 wybraliśmy się na spacer i zdjęcia.
Wieczór był bardzo udany , rozmowa, obiad w gruzińskiej restauracji [ tak … pamiętam mniej więcej jej nazwę xD ] później miodowe i karmelowe piwo w Spiżu [nadal uważam, że Ciechan jest lepszy…] i małe ‘przymulenie’ chyba od gwaru, które Łukasz uwiecznił.
I został mi poniedziałek, w którym spotkałam się z Tomkiem. 
Nie ukrywam, że to było dla mnie dość ciężkie spotkanie, ale przecież czasem trzeba dawać sobie radę, prawda?
Pyszna biała czekolada z bananem w Wedlu i spacer nad Odrą, gdzie widzieliśmy dwa żurawie? Tak, to chyba takie ptaszyska…
Czas upłynął zdecydowania za szybko , musiałam wracać, on też..
przygotowania do pokazu
Później cała masa zdjęć wspólnych przed moim nocnym pociągiem do Warszawy aż wreszcie czekanie na dworcu, gdzie siedzieliśmy ponad godzinę.
Znów zobaczyłam Tomka, który przyjechał z pachnącą jego cudownymi perfumami bluzą ^^
I nawet kanapki mi zrobił [wiesz co? Jesteś opiekuńczy : D ]
I…no i podróż powrotna, od 22.42 do 5.40 podczas której czytałam książkę [Alex Kava – Kolekcjoner ] i próbowałam nie spać, ale chyba 2 godzinki mi z tego i tak wypadły.
Później nie spałam znów więc razem to będzie 37 godzin.
Nie żałuję nawet jednej chwili. Było tak, jak powinno być. Dziękuję.
* * *
Jeśli chodzi o to, co działo się wewnątrz mnie, o czym nie chciałam ani rozmawiać ani myśleć… Na początku czułam paraliżujący smutek, ogromną falę chłodu, którą oberwałam po twarzy. Bałam się o wszystko. O uczucia, o swoją własną siłę. Bałam się powiedzieć jakiekolwiek słowo czy zadać jakiekolwiek pytanie, by to nie zburzyło i tak cienkiego fundamentu jaki pozostał.
A później nutka nadziei, która tli się tak delikatnie jakby wiedziała, że jej zagaszenie i tak nastąpi, jakby nie chciała na próżno się marnować.
I nadal mam tę samą iskierkę nadziei w sobie. Maleńką jak okruszek. A jednak jest.



środa, 4 maja 2011

Iskra.

Nie pytajcie mnie jakie to uczucie odwiedzić piekło i stamtąd wrócić. Tego nie da się wymazać, na zawsze utrwalone obrazy w umyśle nie chcą odejść. Jestem spalona w środku, a wciąż czuję tlący się żar, jak iskra, która rozpala wszystko od nowa. Wystarczy słowo, jedno wspomnienie, by szaleństwo zaczęło się od nowa - potok łez, niedomówień, histeria, która nie pozwala się kontrolować. 
Stałam się zimna i obojętna w ciągu zaledwie 24 godzin. Wystarczyło by cały świat nagle stracił kolory i sens, by przestało mi zależeć na czymkolwiek i kimkolwiek. Jakbym przestała żyć.
To prawda, że kiedy zasypia umysł, ciało musi żyć. Wtedy boli bardziej. 
...
Na twarzy przyklejony uśmiech. Dobra gra nie jest zła. A usta na siłę wygięte ku górze, żeby oszczędzić sobie zbędnego litowania się czy pocieszania, które NIE ISTNIEJE w takich chwilach.
Nikt się ze mną nie zamieni, nikt nie ulży. Przez to trzeba przejść czy mi się to podoba czy nie.
Teraz przede mną kilka dni, które mam nadzieję pozwolą mi zapomnieć choć na jakiś czas.
Jestem martwa, a tak bardzo chciałam żyć.
Jutro przyjeżdża Monika, którą odbieram z dworca już o 13.57 [ znając nasze polskie kochane pociągi będzie to zapewne sporo po 14stej ].
Odpocznie po podróży i zaciągnę ją na długi spacer. Mam tak wiele do opowiedzenia, do przedyskutowania. Cieszę się bardzo Kochana, że Cię mam. Że podźwignęłaś mnie zaledwie w kilka godzin na tyle, żebym próbowała walczyć. To było prawie nieosiągalne. Wszystko przez to, że jesteś uparta i dałaś mi tak ogromny zastrzyk optymizmu, przelałaś chyba prawie cały swój.
W piątek, zapewne o 9.15 wsiądziemy w pociąg do Wrocławia. Zajedziemy dopiero na 15.44, ale...czas pewnie minie szybciutko [ zawsze mija w dobrym towarzystwie ]. 
Na miejscu mam się spotkać z Sergiejem. Co bardzo mnie cieszy, bo już od dawna planowaliśmy spotkanie. Wiem, że będzie klimatycznie, miło...magicznie?
W sobotę pokaz! Wreszcie. Długo na niego czekałam i długo czekałam, żeby zrobić coś ze swoim życiem. Nareszcie mam okazję ku temu i nie zamierzam jej zaprzepaścić choćby nie wiem co.
Czasem trzeba zrobić porządny krok na przód. Choćby wbrew całemu światu.
Próba jest od 12 do 17, podczas której zapewne i ja i Monika kilkakrotnie spotkamy się z ziemią. ^^ W każdym razie musimy się nauczyć. 
Fajnie być modelką, prawda? ^^
O 22 zaczyna się pokaz... i to będzie nasz najlepszy wieczór. ! Ja to po prostu wiem.
Dalsze plany? Jest kilka, ale wszystkie do omówienia kiedy tylko Pandi się u mnie pojawi.
Już się nie mogę doczekać.! To wszystko jest na wyciągnięcie ręki. I jeszcze wyszło słońce, ciepłe, delikatne... idealne.
...
Czy mi przeszło?
Nie. I nie przejdzie. 
Po prostu żyję, bo żeby przeczekać...trzeba żyć.