czwartek, 19 czerwca 2014

Podróż przez pamięć.



Podobno pisanie uwalnia, a przelewanie uczuć na papier przynosi ulgę. 
Tak jak i czas leczy rany, tymczasem czas nie leczy ran, on tylko przyzwyczaja do bólu. 
Ja przyzwyczaić się do tego nie chcę i nie potrafię.

Minęło już 467 dni odkąd ostatni raz coś tu napisałam. Ja jednak żyłam dalej, dzień po dniu zmagałam się ze smutkiem, zwątpieniem, strachem, zagubieniem, rzadziej odczuwałam szczęście, spełnienie, radość.

Próbowałam kilkakrotnie usiąść do komputera by coś z siebie wyrzucić. 
Jednak przywoływało to falę niekoniecznie dobrych wspomnień i czując napływające łzy po prostu się poddawałam. 
Dziś pojawiła się kolejna próba i tym razem na szczęście się udało. 


Zabawne, że dopiero kiedy zaczynam pisać widzę jak wiele się zmieniło przez ten czas . . .

Do naszego mieszkanka przybył upragniony piesek. 
Szukałam tej rasy trzy długie lata, to była miłość od pierwszego wejrzenia. 
Kiedy zobaczyłam ten wielki czarny nochal, piękną białą długą sierść wiedziałam, że to taki pies jest dla mnie stworzony. 
Długo szukałam o nim informacji, a później równie długo czekałam by móc kupić go poza hodowlą. 
Nie jestem zwolennikiem kupowania psów na wystawy, więc kiedy tylko nadarzyła się okazja spełniłam swoje marzenie i zakupiłam Snowa.

Szczęście nie trwało długo, piesek stał się przyczyną naszej wyprowadzki. 
Całe szczęście, że lubię zmiany, a psiak szybko zaadaptował się w nowym miejscu. 
Tak z Bemowa trafiłam na Pragę. 
Miałam z tym miejscem wiele miłych wspomnień. 
Spędziłam tam nie jedno lato, czekając możliwości wyprowadzki do Warszawy. 
Poznałam tam paru ludzi, z którymi dość długo miałam ciekawy kontakt, szkoda jednak, że później zatarł się całkowicie.  

Były plusy i minusy mieszkania tam. 
Piesek średnio miał gdzie biegać, trzeba było troszkę jeździć, żeby mógł się swobodnie wyszaleć, przez to często mieliśmy okazję by pospacerować po Parku Skaryszewskim, który po prostu uwielbiam! 
Biorąc pod uwagę, że było już lato, jeździliśmy z nim także na Pola Mokotowskie gdzie mógł się popluskać. 
Zabraliśmy go nawet nad Zalew Zegrzyński, ale wolał wygrzewać się jak kot na piasku niż szaleć z nami w wodzie, a jeśli już tam wchodził to kończyło się to podrapanymi plecami,. 
Cóż . . . męczył się szybko i podobało mu się holowanie do brzegu. 

. . . 


Nasze mieszkanko miało ogromny balkon, który wykorzystaliśmy dość nietypowo . . . 

Wpadła do nas Katt, wyrzuciliśmy tam łóżko, laptop, shishę i alkohol. 
I muszę przyznać, impreza była świetna. 
Zresztą . . . miło było wreszcie spotkać się z Katt, nie widziałyśmy się naprawdę bardzo bardzo bardzo długo, po dość poważnej kłótni. 
I może wielu osobom bardzo przeszkadza ta znajomość, mają swoje własne komentarze i opinie na ten temat, ale ja też wiem swoje. 
Minęło tyle lat i tyle strasznych rzeczy się wydarzyło, jednak mimo tego nasza znajomość przetrwała. 
Ludzie się zmieniają, my też obie miałyśmy szansę. 
I teraz jest dobrze
. Tak już pozostanie. Nic nie było w stanie tego zniszczyć. 




. . . 


Pomieszkując sobie tam miałam wiele czasu na przemyślenia. 
To chyba źle, bo nie wniosły nic do mojego życia, a wiele mi skradły.

Począwszy od ojca, do którego wrócę tu kilkakrotnie.
 Zabawne, nie było go tyle lat, nadal nie ma a jednak kiedy piszę to gdzieś się łajza przyplącze.
 Hm, nie ma go już piętnaście długich lat. 
Przez ten czas miałam związanych z nim kilka całkiem dobrych wspomnień, teraz wymieszały się i zgubiły wśród nowych, jakże strasznych i niechcianych. 
Mówię sobie, że obojętne jaki jest i co zrobił to nadal go kocham, ale każdego kolejnego dnia, w którym zastanawiam się czym zawiniłam, co takiego mu zrobiłam, że po prostu wyrzucił mnie w zapomnienie, zaczynam myśleć, że w tym sercu dorosłej już, a nie tamtej malutkiej wiecznie czekającej na jego powrót dziewczynki już nie ma miejsca na miłość. 
Ile razy zaczynam choćby o tym myśleć, tyle razy coś we mnie pęka.

Trudno mi komukolwiek o tym mówić, chyba zresztą nikt nie jest w stanie pojąć co czuję.
 To się we mnie zbiera, dusi mnie, czasem coś z siebie wyrzucę, rzadko kiedy łzy pozwalają mi o tym mówić. 
 I muszę jakoś z tym żyć, a do tych walk z samą sobą dochodzi jeszcze niezrozumienie i pretensje z innych stron.

Wiem, że nie spełniłam oczekiwań, jakie były skierowane w moją stronę. 
Wiem jak często zawodziłam, dawałam puste nadzieje i kruszyłam zaufanie jakim mnie obdarzano. 
Jednak nikt nigdy nie spróbował postawić się w mojej sytuacji i zastanowić się co ja muszę czuć, czy ja daję sobie z tym radę, czy nie potrzebuję pomocy. 
Dobrze i wygodnie było myśleć, że jeśli o nią nie proszę to nie jest mi niezbędna.

Potrzebowałam w domu mężczyzny. 
Każdy dom go potrzebuje. 
Przez jakiś czas był w nim dziadek. 
Odszedł zdecydowanie za szybko, ja nie zdążyłam nawet dobrze zrozumieć dlaczego Bóg go mi odbiera. 
Nie miałam już szansy by poważnie z nim porozmawiać, opowiedzieć o swojej pierwszej miłości, szkole, planach na przyszłość, o tym co mnie cieszy lub o moich lękach. 
Może za rzadko o tym mówię, może nadal nie chcę w to uwierzyć, że go nie ma, mimo, że minęło już prawie 14 lat.

Pamiętam każdą naszą wspólną zabawę, pamiętam nawet słowa jakie mówiłam do niego, pamiętam jak uczył mnie liczyć i pisać i czytać i rysował tak tylko dla mnie, jak potrafił najpiękniej. 
Odważę się nawet powiedzieć, że bardziej nie umiem się pogodzić z jego odejściem, a nie z odejściem ojca. Trudno ogarnąć umysłem taki rozmiar miłości. 
Wiem, że dziadek nie był idealnym mężem czy ojcem, słyszę to czasami . . . ale w mojej pamięci pozostał i już na zawsze pozostanie bohaterem. 
Czas sprawia, że zapomina się o ludziach. 
Najpierw zapominamy jak brzmiał ich głos. 
Spędziłam godziny na bezsilnych próbach przypomnienia sobie jaki był jego głos. 
Później zapominamy powoli jak wyglądali. Tego nie chcę zapomnieć i nie mogę na to pozwolić. Dobrze, że mam choć kilka jego zdjęć. Zapominamy o ich nawykach, powiedzonkach, tradycjach. Tak jakby . . . stopniowo przemijali w nas samych. 
To niesprawiedliwe.

A teraz zdaję sobie sprawę z tego, że kolejny tak ważny dla mnie mężczyzna choć żyje, przemija we mnie podobnie jak dziadek. I nic nie mogę zrobić. To jak powolne umieranie.

Mimo tego, co czułam kolejny raz wyciągnęłam w stronę ojca rękę i postanowiłam go odwiedzić.

Przyszło lato i podróż do Czech. 
Bardzo miła podróż z zakupionymi wcześniej prezentami. 
Trochę się obawiałam spotkania, w końcu to trochę tak jakbym jechała do obcej osoby, przecież tak niewiele o mnie wie.

Za oknem pociągu czerwone niebo. 
Istne tańczące płomienie. Pierwszy raz widziałam tak piękny zachód. 
Snow wszystko przegapił, rozłożył się na pół przedziału i smacznie chrapał. 
Podróż go wykończyła.

Wieczorem nas odebrał. 
Poznał wreszcie Michała, zabrał nas do domu, pozwolił Snowowi spać z nami na górze, bo przecież ten kosmacz nie może wytrzymać bez nas pięciu minut i panikuje.

Tata w tym roku wydawał się inny.
 Dużo z nami rozmawiał i żartował. 
Może dlatego poczułam się trochę lepiej, otworzyłam się bardziej, pozwoliłam by choć na chwilę znów pojawił się w moim życiu.
 Zapaliła się mała iskierka nadziei. Niepotrzebnie.

Było mi niezręcznie, nie zawsze wiedziałam co mówić, ale jak miałam wiedzieć kiedy nie było czasu by opowiadać o swoim życiu, które gdzieś po drodze przegapił.

Patrzyłam na swoją przyrodnią siostrę i widziałam w niej siebie kiedy byłam w jej wieku. 
Zastanawiałam się w czym ta mała kruszynka jest lepsza ode mnie, bo z nią nadal jest, uczestniczy w jej życiu, jest dla niego małą królewną, a ja . . . byłam tylko kopciuszkiem.

Liczyłam lata do przodu, ah, jeszcze 3 i miałaby tyle ile miałam ja kiedy mnie zostawił. 
Udawał, że wszystko jest w porządku, spełniał każdą moją zachciankę przez cały pobyt, ale ja wiedziałam: doskonale zdał sobie sprawę z tego, że nie da się posklejać pokruszonego szkła.

Każdy pobyt w Czechach ma swój niezmienny rytm.
 Tak było i tym razem. 

Wybraliśmy się z Michałem do Zlatego Jelena. 

Droga jest dość daleka, choć muszę przyznać, że kiedy byłam dzieckiem wydawała się znacznie dłuższa.
 Nawet to wielkie drzewo, przy którym wyglądam jak kruszynka na zdjęciu teraz nagle wydało się po prostu kolejnym drzewem.

Było przyjemnie ciepło, zabraliśmy Snowa, zbierałam jak zawsze po drodze jabłka z sadu, jeżyny i maliny w lesie i orzechy laskowe w drodze powrotnej. 

 

W restauracji na samej górze wreszcie wypiliśmy kofolę, która o dziwo przypadła Miśkowi do gustu
 (są tacy, których się nie przekona!). 
Jak zwykle podziwiałam dalekie Beskidy, których szczyty było widać w oddali. 
Już wtedy wiedziałam, że któregoś dnia tego pobytu zobaczę je z bliska. 
I nie myliłam się. 

Następnego dnia jechaliśmy zobaczyć Beskidy.

Kondycja już nie ta, co dało się zauważyć jak tylko zaczęłam piąć się w górę ; ) 
Miło spędzony czas, długa trasa na sam szczyt pełna cudownych widoków, które pamiętałam z dzieciństwa, z poprzednich lat i pobytów w tym miejscu. 
Trochę się pozmieniało jednak coś zawsze zostanie takie samo, a to przywołuje wspomnienia. 
Tym razem dobre.

Aparat odkurzony, zdjęć zrobione mnóstwo. 
Polowanie na jaszczurki. . . coś, co uwielbiałam robić kiedy byłam mała, wdrapywanie się na górki, bieganie po lesie, zbieranie jeżyn i cieszenie oczu tym, co nas otaczało. 


Michał dzielnie dotarł na górę, ja ledwo się tam doczłapałam, Natalka znosiła mężnie całą drogę, szkoda, że nie mogliśmy zabrać psa. 
Choć z drugiej strony pewnie bardzo by się zmęczył.

Na szczycie czekał ulubiony Hotel Ondras i restauracja. 
Wypiliśmy kofolę, Radegasta, zrobiliśmy kilka zdjęć, bawiliśmy się na huśtawkach i karuzelach jak dzieci, no naprawdę, nawet ojciec . . . ale czasem potrzeba znowu poczuć się dzieckiem.

Wracając zmęczeni, ale zadowoleni podziwialiśmy widoki i nie ukrywam byłam szczęśliwa, że to już z górki. 
Na samym dole zjedliśmy obiadek i wróciliśmy do domu. 


Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się z Michałem nad Bezirek, ot tak, żebym mogła powspominać, a pies się popluskać.
 Mieliśmy tam spędzić chwilę, a w końcu przeciągnęło się to od cholery. 
Wracaliśmy przez sady zbierając śliwki i jabłka. 
Czułam na sobie zachodzące, ale jeszcze ciepłe słońce i byłam tak bardzo szczęśliwa.


 Jak kiedyś, kiedy byłam małą dziewczynką.


Zrobiliśmy szybkie zakupy i wróciliśmy na grilla.

Tata o dziwo skusił się na fajkę wodną i tak mu smakowało, że przy kolejnym grillu pytał się, czy też będziemy palić ; )

Kolejny dzień nie zaburzył rytmu pobytu w Czechach. 

Pojechaliśmy do zoo w Ostravie. 

Zoo nigdy mi się nie znudzi. Mogłabym chodzić tam co drugi dzień a i tak byłabym tak samo zadowolona. 
Ani oglądania ani zdjęć w zoo nigdy dość.

W czasie kiedy my sobie spokojnie paradowaliśmy alejkami nasz kochany Snow razem z Timim, z którym siedział w kojcu przegryzł siatkę i uciekł. 
Całe szczęście, że w domu była Terka, bo pewnie by się zgubił. 
Co za urwis!


Zaraz po zoo my z Michałem pojechaliśmy zwiedzać miasto, a reszta wróciła przygotowywać kolejnego grilla. 
W tym roku obiecałam wrócić wcześniej, bo zdarzyło mi się już wracać po nocy kiedy nie było autobusu i nie powiem żeby było przyjemnie czy bezpiecznie. 
Wiedziałam w każdym razie, że nie chcę tego powtarzać.

Zwiedziliśmy standardowo stare miasto, alejki, kościółki, słynną ulicę Stodolni, która do życia budzi się w nocy zachęcając neonami, licznymi klubami, dobrą muzyką. 
Wykąpałam się w fontannie po części, Miśka nie dało się na to namówić. 
Wystaliśmy się w długiej kolejce po własną puszkę coca-coli, było warto ; ) , byliśmy na pięknym moście, zrobiliśmy masę zdjęć, a później zmęczeni wróciliśmy do autobusu.

Oczywiście coś musiało pójść źle. 
Pamiętaliśmy tylko po części nazwę przystanku, na którym mamy wysiąść. 
W obawie by nie pojechać za daleko wysiedliśmy wcześniej. 
Przezorny zawsze ubezpieczony. 
Jednak nie przewidzieliśmy, że to było stanowczo za wcześnie. 
Cóż. . . zrobiliśmy sobie konkretny zdrowy spacer ; ) .

Zanim dotarliśmy do domu trafiliśmy na tatę, który się dokądś wybierał. 
Zabraliśmy się z nim, jak się później okazało, to miała być niespodzianka, przyjechała z Pragi Marcela. Strasznie się ucieszyłam! 
Nie widziałam jej naprawdę długo i miło było znowu się spotkać. 

Kolejny grill miło spędzony no i pozostał nam ostatni dzień na zakupy, prezenty dla rodziców Michała do których mieliśmy już za dwa dni jechać i prezenty do domu.

Zakupowy szał. 



Cały koszyk słodyczy i dobrego jagodowego piwa, które miałam okazję już wcześniej pić w Toruniu w ‘Piwach Świata. I czas . . . się pożegnać.

Nienawidzę pożegnań. 
Odjeżdżając od niego nigdy nie wiem kiedy znowu się spotkamy.
 To śmieszne, mieszkać całkiem blisko siebie i widywać się tak rzadko. 
Nie do pojęcia. 




Z umówionego miejsca odebrał nas tata Michała. 
Mój tata z kolei założył okulary, żeby nie było widać łez. 
Ale ja je widziałam. 
Sama miałam nadzieję, że będę twarda, że dam sobie radę. 
Nie dałam. 
Dopadł mnie taki smutek i takie rozgoryczenie, że nie potrafiłam tego zatrzymać. 
Odjeżdżałam już tęskniąc. A przecież tak mocno miałam go nienawidzić. 


. . .



Rybnik okazał się uroczym miasteczkiem. 
Kolorowym, zielonym. Zupełnie inaczej sobie wyobrażałam miasto, w którym pracuje Elektrownia. 

Jednak nie było to niemiłe rozczarowanie.

Z przyjemnością oglądałam okolicę kiedy jechaliśmy do rodziców Michała. 
Mamę Michała spotkałam w pracy. 
Okazała się taką miłą kobietą, a przecież strach ma tak wielkie oczy.
 Nigdy więcej nie dam się nabrać Michałowi na nic.

Poznałam też braci Michała. 
Tak więc rodzinka w komplecie a ja przeżyłam.

Pies jak to pies, zadowolony, nawet na balkonie dostał herbatę do picia (?) Pił. Naprawdę ją pił, a jak wrócił do Warszawy to na naszym balkonie też szukał herbaty. . . lord jeden.

Spotkaliśmy się w niedługim czasie ze znajomymi Michała, po części też z moimi. 
Fajnie było się znów zobaczyć. 
To był miło spędzony wieczór, choć powrót z ledwością i o później godzinie.

Następny dzień upłynął pod znakiem zwiedzania miasta. 
Pojechaliśmy do centrum. Zrobiłam kolejną setkę zdjęć. 
Biegałam po sklepach, oglądałam kamieniczki, podziwiałam kwiaty, wyciszałam się przy fontannach i karmiłam gołębie na rynku. 
Najbardziej jednak spodobał mi się Zalew Rybnicki.
 Tam naprawdę można się wyciszyć i nacieszyć oczy pięknym widokiem. 
A nie ma nic piękniejszego niż zachodzące słońce nad wodą.

Tutaj także grillowaliśmy. 
Odbyło się przy tym kilka przyszłościowych rozmów wtedy jeszcze niezupełnie poważnie przez nas odbieranych. 





Pies pokochał działkę i zalew.
 I już wiedzieliśmy, że w Warszawie będzie się tylko męczył.

Wszystko co dobre szybko się kończy. . . więc wróciliśmy do codzienności.



. . .

W Warszawie sprawy potoczyły się błyskawicznie i niezaplanowanie.

Kompletnie nie mogliśmy się dogadać z naszą współlokatorką, która doprowadzała mnie do szału. Nie lubię kiedy ktoś się panoszy, robi coś po złości i czuje się całkowicie bezkarny. 
Dlatego pokazaliśmy jej, że potrafimy wymierzyć jej karę i dać nauczkę w brutalny sposób.

Wyprowadziliśmy się w jeden późny wieczór. 
Z dnia na dzień podjęliśmy spontanicznie tak trudną decyzję. 
A trzeba było ją przemyśleć kilka razy.

Tak oto stało się. Zamieszkałam w Rybniku.

Przeprowadzałam, wyprowadzałam się już tyle razy w swoim życiu, że kolejny raz nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. 
Przynajmniej tak myślałam na początku. 
Kilometry robią swoje, a ja tęskniłam cholernie za rodziną. 


Przyszedł czas na nowości, poukładanie sobie życia na nowo. 
Wybraliśmy się na zakupy do mieszkanka i od razu poczułam się lepiej. 
Pomyślałam nawet, że tu odpocznę od wszystkiego, że może to wniesie coś dobrego do mojego życia. I wniosło. Wystarczająco wiele bym tego nie żałowała. 





Przyszła jesień więc korzystałam z okolic i jeździłam na grzyby. 
Ostatni raz na grzybach byłam jak byłam jeszcze w podstawówce. 
Nie muszę chyba pisać jak bardzo mnie cieszyła możliwość takich wypadów. 

Przy okazji dowiedziałam się, że wszystkie grzyby są jadalne ale niektóre tylko raz!


A i pies był szczęśliwy. 
Buszował po lesie, biegał od jednego do drugiego drzewa jak szalony.








Na dniach zapisałam się też do biblioteki i od tego czasu pożeram książki stosami. 
Wreszcie skończyłam sagę o Wiedźminie, ubolewam nad tym strasznie, ale zabiorę się za serię Gry o Tron i powinno być okej, może zapomnę, że coś tak dobrego tak szybko się skończyło. 


 

Więcej wolnego czasu równało się pieczeniem ciast i robieniem innych dziwnych smakołyków. Np. rafaello, które wyszło tak dobre, że zawaliliśmy nim pół lodówki i jedliśmy je przez kolejne trzy dni ; ) 
Tak też zrobiłam jogurtowca, ciacho z truskawkami, ciacho czekoladowe z niebieskim kremem, ciacho z jabłkami, pieguski i masę muffinek. : )

. . .



Przy okazji zahaczyłam się o dzień otwarty elektrowni. 
Ciekawa jak to wszystko pracuje wybrałam się tam z Miśkiem i nie żałuję. 
Zobaczyłam tyle ciekawych rzeczy, procesów, nauczyłam się czegoś nowego, choć było tam obrzydliwie gorąco i poniekąd też niezbyt bezpiecznie i przede wszystkim okrutnie głośno (nie wiem jak ci ludzie mogą pracować w takich warunkach). . .

Wreszcie przełamałam strach do tych wielkich kominów, którymi mama mnie straszyła jak byłam mała. 
Okazało się, że to co z nich leci to wcale nie dym! a para.
 Jednakże fakt, że bardzo gorąca okazał się prawdziwym. 
Już wiem, że to chłodnie, a zimą można tam zobaczyć sople takiej wielkości, że wbiły by się w człowieka po samą dupę gdyby spadły z góry. 






Zaraz po zwiedzaniu elektrowni nadarzyła się okazja by pojechać na wystawę psów rasowych do Kamienia.

Oj jak ja kocham psy. Oczywiście i naszego nie mogło zabraknąć. Dostawał wścieku ogona kiedy widział wokół tyle czworołapów, ale dzielnie wytrzymał ten dzień.


A ja po raz pierwszy widziałam tyle pięknych psów w jednym miejscu. W tym cudowne charty afgańskie, które tak podobają się mamie, czy setery irlandzkie, wspominając mojego, cane corso, którego chciałby mieć Michał, a którego pewnie bałabym się jak cholera, nowofundlandy, które wg Michała taty były niedźwiedziami czy też szpice wilcze, które były jak puch. Bajka.

A nasz dorobił się zdjęcia do Echa Dnia. Cóż , ja wiedziałam, że to chodzące cudo przyciąga uwagę nawet jak nie bierze udziału w wystawie. Piękna bestia.



. . .

Jak i piękny tak i pechowy.

Już od dawna widzieliśmy, że piszczy kiedy za dużo biega za psiakami. 


Na początku myśleliśmy, że to może dlatego, że nie potrafi dogonić mniejszych i bardziej zwrotnych od siebie. Jednak z czasem okazało się, że to bieganie sprawia mu ból. Szybko zaczął też kuleć na prawą łapkę.

Kiedy byliśmy w Warszawie wybraliśmy się do weterynarza. Tam dowiedzieliśmy się, że to szczenięce zapalenie kości. Dostał jakiś lek i to miało pomóc. Oh my naiwni.

Jak się później okazało już tu na Śląsku przez to przebyte i nie wyleczone zapalenie kości pojawiła się mała dysplazja łokciowa, zwyrodnienie, które trzeba było skorygować.

Tak trafiliśmy do chirurga Cymbryłowicza w Gliwicach. Zarządził osteotomię prawej przedniej łapki. Miało to naprawić nadgarstek, który strasznie krzywił z bólu.

Takim sposobem Snow otrzymał implant, z którym nosił się prawie miesiąc.

Człapał częściej na trzech niż na czterech łapkach. Chodził w śmiesznym zielonym rękawku i gdyby była zima, to byłby mikołajkowym elfem.

Jednak nam nie było do śmiechu. 
Łapka bardzo go bolała, a sam psiak płakał jak człowiek, przychodził się przytulić by choć tak poczuć się lepiej, dopiero po jakimś czasie i mocno tulony się uspokajał, a nam łzy płynęły po policzkach bo nikt nie byłby w stanie obojętnie patrzeć na takie cierpienie.

Po jakimś czasie czuł się już na tyle dobrze, że mogliśmy go gdzieś zabierać. 



Tak pojechał z nami do Wisły. Tam miałam okazję zobaczyć słynną małyszowską skocznię, piękną okolicę, wysłać kartki pocztowe (tak, to jeszcze się robi), zrobić kilka ładnych zdjęć. Piękne miejsce, muszę tam wrócić koniecznie zimą!

Po wycieczce do Wisły nadszedł czas na wycieczkę do Istebnej i do Wadowic.

Kolejne piękne góry, piękne spokojne miejsca i plik kolejnych zdjęć.


Wadowice bez kremówki to nie Wadowice więc kremówki zaliczone. W kolosalnych cenach, ale każdy zadowolony wciągnął swoją podwójną porcję (Snow dostał kiełbaskę żeby nie był pokrzywdzony).

. . .



Pod tak miłym znakiem wypadów minęła nam wczesna jesień i powoli zbliżała się zima.
 Jak co roku i tym razem miałam nadzieję, że zrobię jakieś własne ładne stroiki, a wyszło jak zwykle. . . brak czasu (stracony na gdybaniu) .

W połowie listopada odwiedziłam rodzinę w Warszawie. 
Wreszcie. Bo naprawdę bardzo już tęskniłam. 
Co te kilometry robią z ludźmi.

Babcia miała wypadek, złamała rękę. Pierwszy raz. Bałam się o nią jak cholera.
 Ale na szczęście to tylko złamanie, mogło się przecież skończyć o wiele gorzej.! 
Żeby było zabawnie w tym samym czasie ja sama się okaleczyłam i pękła mi kość w nodze (tak wiem, nie uważam jak chodzę).

Mama też nie ma za dobrych wyników. 
Bałam się o nią. Nadal się boję. Kto by się nie bał?

Rozmawiałam też z Siergiejem. 
M.in. o Wrocławiu, w którym miałam mieszkać. Kawał czasu spędziłam na planowaniu tego, dużo mniej faktycznie w tym mieście, jednak wiele z tego zostało, bo nic tak szybko się nie wykorzenia.

Tak więc smutny wieczór, w którym wszystko do mnie wróciło, w którym wszystko sobie przypomniałam raz jeszcze: pierwsze spotkanie, zapomniana walizka, śmiech, zakłopotanie, fontanna, nasz własny teleporter, wieczorne kakao i filmy... Pierwsze plany, płacz ale i szczęście. 
Wszystko wróciło jak film. Obawy, wyrzuty sumienia i palący ból. Niepewność. Złość. Wspomnienia potrafią zabijać.

. . .



Coraz bardziej wyczuwało się klimat nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia.

Uwielbiam te święta. 
Wnoszą wiele nadziei i zmian.

Propos zmian: te pojawiły się już u nas, nowe panele i nowe meble odmieniły mieszkanie raz dwa! 
Teraz jest bardziej stonowane. Ładne.

Jeżdżąc po sklepach natrafiliśmy na Magic Starsy. 
WRESZCIE! Smak mojego dzieciństwa. 
Kochałam te gwiazdki, ale muszę przyznać, że kiedyś smakowały mi bardziej. 
Jednak nie mniej było miło znów je zobaczyć, kupić, spróbować.
 Przywołały dużo wspomnień. : )




Czekając na święta urządziliśmy sobie z Michałem polowanie na jemiołę. Zazwyczaj rośnie ta małpa wysoko na drzewach więc ciężko się po nią wdrapać, ale ja próbowałam nieustannie. Wreszcie dopomógł mi silny wiatr, który zrzucił mi cały wielki krzak! To dopiero frajda nieść takiego chaszcza do domu!



Kolejna wizyta u chirurga i wyciągnięcie implanta u Snowka. 
Operacja udana! Hurra! A przynajmniej wtedy tak myśleliśmy bo pół roku później nadal łapkę krzywi. . .

Nadszedł wreszcie ten czas! 
Przystrajanie pokoju i nasza pierwsza wspólna choinka. 
Czy ja już wspominałam jak bardzo kocham te święta?

Polowanie za jak najpiękniejszymi ozdobami i zabawa pół wieczora ze światełkami.
 Uwielbiam to!


Później jeszcze spacer po rybnickim świątecznym rynku i wyjazd do Warszawy na święta.

Dom jak to dom . . . 
to nie byłoby to samo gdybyśmy i tym razem się nie pokłóciły. 
Ale już się do tego przyzwyczaiłam, że w każdą wigilię jest afera. 
Wymarzyłam sobie taką . . . spokojną i inną, ale czas wszystko zmienił i do niej nigdy nie doszło.

Choinka dotarła na ostatnią chwilę, co prawda jodła kaukaska, ale ubierana w pierwszy dzień świąt. 
O dziwo, co było bardzo miłe, zaczęłam ten dzień od filmu obejrzanego wspólnie z mamą, rzadko się to zdarza.; )


Wieczorem przyjechała Ela z Igorkiem i nagrywałam jego otwieranie prezentów. 
To było słodkie. 
Ten maluszek rośnie jak na drożdżach, co przyjadę to jest większy, a gada jak najęty. 
Uwielbiam go, choć uczę się dopiero cierpliwości do dzieci, to ten szkrab wniósł wiele dobrego do naszej rodziny. 














Niestety drugi dzień świąt skończył się bardzo źle. 
Jeśli kiedyś byłam zła o małą aferę wigilijną, to wszystko cofam, bo awantura, która miała miejsce dwa dni później przebiła wszystko dwukrotnie.

Usłyszałam tyle przykrych słów, tak wiele rzeczy, których nie można zapomnieć. 
Kolejne zdania wryły się permanentnie w pamięć.

Nienawidzę tej naszej rodzinnej tendencji do wypominania sobie przeszłości, do rozdrapywania tych najobrzydliwszych ran. 
Skaczemy sobie do oczu zamiast się nawzajem wspierać, później niby każda żałuje, ale już za późno, kości zostały rzucone. I tak jest raz za razem.

Ten magiczny czas świąt Bożego Narodzenia powinnam spędzić w ciepłej miłej atmosferze, tymczasem jedyne czego wtedy pragnęłam to powrót do Rybnika. 
I to jak najszybciej.

Cieszę się, że miałam wtedy blisko Elę. 
Że mogłam do niej zadzwonić i po prostu zabrała mnie z domu. 
Razem z Jackiem i Igusiem pojechaliśmy oglądać najpiękniejsze świątecznie przystrojone miejsca w Warszawie.

Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście i Wilanów były jak z bajki. Nigdy nie znudzi mi się oglądanie tych tysięcy kolorowych światełek.

Długa rozmowa, chwila ulgi. . . za to wszystko jestem bardzo wdzięczna, choć wiedziałam, że niebawem będę musiała wrócić do tej rzeczywistości, od której choć na chwilę się oderwałam. Bolało najbardziej to, że jestem daleko od domu i cholernie tam tęsknię, a kiedy wreszcie przyjeżdżam czuję się obco.

27 grudnia mama się przełamała, zrozumiała co zrobiła źle i że to naprawdę musiało zaboleć. Czas nieubłaganie płynął, niedługo znów miałam wyjechać, więc miło było usiąść razem i porozmawiać na spokojne. 
Brakuje mi tego bardzo często.

Ostatni dzień w Warszawie spędziłam na wariackich papierach, zakupy przez pół dnia, pogaduszki pomiędzy i wieczorny przyjazd Eli z dzieckiem, miła długa rozmowa przy piwie i czas znów mnie dogonił.

Przytulenie, uśmiech, przeprosiny za przykre słowa i walizka wytargana na zewnątrz, p o w r ó t .

. . .



SYLWESTER.
 Szaleństwo. Zakupy zdecydowanie szaleńcze. 
Czas gonił nas jak dzikie zwierze. Wpadliśmy z miasta do domu a tu kolejna gonitwa. Trzeba było przygotować coś dobrego i samemu przecież jeszcze zdążyć się przygotować. 
Plus pamiętać, żeby wszystko zabrać. Nie było nawet czasu dobrze się zastanowić.

Wreszcie impreza. Miło, sympatycznie, śmiesznie, no bo kto chodzi w koszuli i dresach?
 Za szybko za ostro . . . sylwester kończy się o 22.

Zapominam. Czekam na kolejny. Uczę się na błędach. Trzeba być ostrożnym.

. . . 


Początek stycznia zapowiada się miło. Kino z Michałem, spacer, późny powrót do domu. 
Kolejny dzień pod znakiem słodkiego lenistwa, powrót do dzieciństwa, układanie puzzli, zabawa idealna.

Tydzień później krach, nagle znów coś się sypie.

Pies nie potrafi wejść samodzielnie po schodach. Jego łapy odmawiają posłuszeństwa. To samo na łóżku.

Biedne zwierzę. 
Nie ma wyjścia znów jedziemy do dr Cymbryłowicza. 
Co się okazuje: niedowład tylnich nóg, boimy się o dysplazję, czekamy na wyrok i jest i wyrok: konieczna pectinectomia. Łzy. Kolejne. 
Niech ktoś spróbuje zrozumieć jak czuje się człowiek, który dowiaduje się, że jego pies ma mieć wycięte mięśnie? Tego uczucia nie da się opisać. 
Umawiamy się na termin i wracamy pogrążeni w smutku do domu.

Spekulacje, godziny rozmów. 
Obawa, wahanie i tak powstaje pomysł: jedźmy do najlepszego specjalisty. Niech wreszcie coś stanie się pewne, a Snow przestanie cierpieć.

W międzyczasie próbujemy choć na chwilę zapomnieć o problemach. 
Kilka wypadów na lodowisko pozwala nam odpocząć, zrelaksować się przed tym trudnym okresem, ale nic nie trwa wiecznie, ten dzień sądu nadchodzi. 
Nie ukrywam, dziwne uczucie znów znaleźć się we Wrocławiu.


Wroclove. To piękne miasto przywitało mnie mrozem. Nawet pies nie chciał iść. Nie wiem czy to dlatego, że jest takim lordem, czy może po prostu czuł, że za chwilę zacznie się koszmar (?)

Godzina błądzenia plus kolejna by zaparkować. Wreszcie udaje nam się dotrzeć do dr Bieżyńskiego.

Wystarczy chwila badania i wszystko staje się jasne. Zerwane więzadło. Na początku czujemy jak kamień spadł nam z serca, bo to oznacza, że mięśnie pozostaną na swoim miejscu. Wyznaczamy termin i wracamy nieco uspokojeni do domu.

W tym czasie kolejny raz pojawiam się w Warszawie. Wręczam mamie aparat prezent ode mnie. Krzyczy, że niepotrzebnie, ale widzę, że się cieszy, a ja lubię patrzeć na Jej uśmiech.

Drugi luty spotkanie z Katt i Radkiem. 
Dawno się z nią nie widziałam, więc sprawiło mi to ogromną radość. Mimo, że było zimno poszłyśmy na spacer, a potem standardowo przyciągnął mnie Indeks, nie wiem. . . sentyment mam do tego miejsca.

Grzane piwo, na które czekałyśmy ponad pół godziny na szczęście smakowało bajecznie i rozgrzało jeszcze lepiej (wspominałam, że nienawidzę mrozu?!)

Zdjęcia z tego spotkania (pożalsiępanieboże) lepiej niech pozostaną gdzieś na dnie szuflady, ale wspomnienia zajebiste.

Długa rozmowa, plany kolejnego spotkania, poznanie mężczyzny (nie)życia Katt. 
Hm. 









A kolejny dzień rozbił mnie na tysiąc kawałków.

Naszło mnie na robienie porządków na komputerze. Na dysku mam zdjęcia od 2007 roku.
 To jest siedem lat uwieczniania mojego (i nie tylko) życia.
 Trzeba to kiedyś posprzątać. Nie lubię tracić pamiątek więc pomyślałam, że dobrym pomysłem jest zrzucenie tego na google dysk, a przy okazji udostępnię te zdjęcia osobom, którym je robiłam, niech też sobie powspominają.

To jednak nie był dobry pomysł. Trafiłam na datę 2009. Wszystko się posypało. Płakałam jak dziecko. Nie chciałam tego wspominać, samo przyszło. Dobre i złe rzeczy. Moja i jego wina. Może tak miało / musiało / powinno nie powinno być. Nie wiem. Nie chciałam dociekać. Bolało, ba!nadal czasem boli myśl o tym.

Wysłałam te zdjęcia. Nie wiem czemu. Porządek czy po prostu . . . poczucie obowiązku?
 Niech je ma. Skasuje, nie skasuje, zobaczy nie zobaczy, wszystko jedno. 
Uporządkowałam, choć nie będę tam zaglądać. Tego wieczora się wycierpiałam. Znów jeden kawałek serca mniej. 



Spotkaliśmy się znów z Katt i Radkiem, tym razem w cudnym Oriental Lounge.
 Tam zapaliłam najlepszą na świecie fajkę wodną x2 bo raz to grzech, wypiłam całkiem niezłe piwo, nagadałam się za wsze czasy i znów poczułam się spokojna. I powrót do Rybnika, a tam czeka operacja. . . 








...

11.02 zabieg we Wrocławiu. Jak się okazało to więzadło wcale nie było tak mało ważne. 
Niewiele mogło być z niego uratowane więc lekarz usunął je całkowicie. 
Wstawił Snowowi implant niby nie na stałe, ale jednak odradził wyciąganie.
 Z tego co się dowiedzieliśmy nie może przytyć żeby nie uszkodzić implanta no i ogólnie rehabilitacja, uważanie na niego, wieczne zabranianie mu szaleć i nic nie będzie już mógł robić wyczynowo.

Muszę przyznać, że Klinika Katedry przy Placu Grunwaldzkim jest naprawdę godna polecenia. Lekarz i pomocnicy pierwsza klasa, miła obsługa, szybka pomoc, wiele można się od nich dowiedzieć.
 Przynajmniej mieliśmy pewność, że tym razem nikt nie postawi złej diagnozy.

Co prawda skasowali nas na 1000 zł, ale jeśli to ma zmniejszyć cierpienie naszego psa to nie liczą się żadne pieniądze.

Piesek przez najbliższe dni cierpiał więc staraliśmy się regularnie trzymać go na tramalu.
 To pomogło i te pierwsze chwile jakoś przeżyliśmy. 
Oczywiście nie obyło się podobnie jak po pierwszej operacji bez nieprzespanych nocy kiedy budziliśmy się przy każdym nawet najmniejszym jego ruchu. 
Jak przy dziecku. 
Tylko dziecko jeszcze coś powie, a psiak cierpi i można to wyczytać jedynie z jego smutnych oczu.




Nadeszły walentynki i kilka miłych chwil odreagowania.

Do ER Michał przywiózł mi piękną różę, a w domu ku mojemu zaskoczeniu czekał uroczy torcik. Naprawdę dawno nie jadłam tak zajebistego ciasta! 
Bardzo miła niespodzianka,
(wiesz co kotki lubią najbardziej: )). 













Kolejne dni spędziłam na czytaniu w rozmiarze XXL i układaniu leniwie kolejnych puzzli razem z moim M. 



Wielkimi krokami zbliżała się wiosna, a co zaraz za nią idzie lato więc trzeba było pomyśleć o formie, którą gdzieś po drodze mocno straciłam.

Wiele przyczyniła się do tego wczesna depresja, która dopadła mnie dwa i pół roku temu, a o której mogę mówić głośno. 
Miałam powody, miałam problemy, sama ze sobą i przy okazji wokół wszystko się sypało. 
Zdrowie moje, zdrowie mojej mamy, strach, małe załamanie i zatrzymanie w miejscu. Potrzebowałam wtedy wsparcia od kogoś, kto wydawał mi się wtedy nie tylko przyjacielem, ale kimś wyjątkowym, kimś jedynym, tak na zawsze.
 Całkiem niedawno dowiedziałam się brutalnie, że było zupełnie inaczej, a ten koszmar, który przechodziłam w tym czasie kiedy szkoła, zainteresowania i przyszłość obchodziły mnie tyle co zeszłoroczny śnieg przywalona problemami dużo poważniejszymi, został nazwany nieogranięciem życiowym. Cóż. Nie wszystkim wiedzie się tak gładko, niektórzy muszą się męczyć zarówno by przetrwać jak i coś osiągnąć, ale wszystko co osiągnę, wszystko co udaje mi się już teraz robię własnymi siłami, bez niczyich pleców, znajomości, ciężką pracą i czuję satysfakcję większą niż Ty kiedykolwiek poczujesz w swoim życiu.

Bolało. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego i jak to możliwe, że po tylu latach można komuś powiedzieć coś tak strasznego. Jednak. . . jakkolwiek nie wierzyłabym w głupie powiedzonka: przyjaciół poznaje się w biedzie. 
Wiele lat temu usłyszałam, że poznać prawdziwą miłość można po tym, że taka nie boli. 
A to bolało. Skurwysyńsko bolało. I jak bezdusznym sukinsynem byś nie był takiego uczucia i tak Ci nie życzę, ale przynajmniej zrozumiałam, że to co Ci poświęciłam w swoim życiu zmarnowałeś i kiedy przestałeś użalać się nad sobą i kiedy podniosłeś się z ciężkich chwil jakie odczuwałeś po rozejściu się rodziców czy wspominaniu nieciekawego dzieciństwa stwierdziłeś, że już nie jestem użyteczna, ale ja nie jestem zabawką, którą można wyrzucić w kąt. 
I wiele razy biłam się z myślami, wiele razy chciałam porozmawiać, wyjaśnić, spróbować, naprawiać coś, co jest zniszczone, czego nie da się już naprawić.
 Jeśli nadzieja umiera ostatnia to ja już nic nie mam. Wiem tylko, że usłyszałam setkę obietnic rzuconą na wiatr, że układałam życie pod Ciebie, że perspektywą, której rzekomo nie mam byłeś Ty.

Nie sądziłam, że można poczuć się tak złamanym. 
Ale podniosłam się bo tacy ludzie jak Ty zasługują jedynie na zapomnienie. Stają się odbiciem swoich rodziców, tacy sami, okrutni, którzy nie zasługują na wsparcie i miłość, beznadziejni. 
Taki właśnie stałeś się w moich oczach po tym, co napisałeś do mnie po prawie ośmiu latach znajomości.

 . . .




Po tych strasznych dniach pełnych wspomnień i nieprzyjemnych słów nastały dni jeszcze gorsze. Kolejny wyjazd do Wrocławia, kolejna taka sama operacja, tym razem na drugą łapkę. Kolejna narkoza, kolejny stres, ból, cierpienie.

Gdybym teraz spotkała kobietę, od której kupiłam tego psa, rozerwałabym ją na strzępy za rozmnażanie psów genetycznie obciążonych.

Obiecałam sobie, że zrobię wszystko by jej to uniemożliwić.



Tymczasem nadeszła wreszcie wiosna na całego.
 Kocham ten czas kiedy wszystko rozkwita i daje nadzieje po złej gnuśnej zimie.




…


Dziesiątki bukietów znosiłam do domu, fiołki tak przeze mnie ukochane, kwiaty wiśni, jabłek i śliwek, kolorowe dzikie bratki, niezapominajki a wkrótce też konwalie. 
Dom pachniał wiosną.

Podczas jednego z tych spacerów znalazłam małego wróbelka, który prawdopodobnie wypadł z gniazda. Jak to zawsze mówiła mama, ja matka Teresa przygarnęłam maleństwo pod własne skrzydła i zaniosłam do domu. 
Snow średnio był zadowolony, ale ja dzielnie broniłam kruszynki i uczyłam latać. 
Wkrótce podskakiwał, ćwierkał, siedział mi na dłoni i próbował sam swoich sił. 
Tego samego dnia wypuściłam go na wolność. 
Mała rzecz, a cieszy.






Zbliżały się święta, tym razem dużo wspólnych porządków, wspólne pieczenie mazurka, babki i bułeczek króliczków do trzeciej w nocy z mamą Michała. 
Było bardzo miło, choć obie już padałyśmy ze zmęczenia, wytrwałyśmy dzielnie a jaka była satysfakcja kiedy wszystko udekorowałyśmy! 







Tego samego dnia znów pojawiłam się w Warszawie.

Babcia kolejny raz ze złamaną ręką, tym razem drugą. Bardzo się o Nią martwię. 
Kruszą się Jej kości, trzeba ją wysłać do lekarza na jakieś konkretne badania bo dzieje się coraz gorzej.

Mama przygotowała w tym roku żurek w chlebku, plus te kolorowe pisanki i piękny (bo robiony z trudem) mazurek. Miłe święta.

Do tego było co świętować, choć to wolę przemilczeć jeszcze jakiś czas.

Przyjechała Ela z Igorem i wspólnie wypiliśmy moje 23 letnie wino. 
Tak wiem miałam wypić je na osiemnastkę, ale czekałam by nabrało mocy. 
Do połowy ten wieczór był naprawdę miły. 
Rozmowa się rozkręcała, każdy coś ciekawie opowiadał. 
W pewnej chwili zdania się podzieliły, a jak to bywa w tak wybuchowej rodzinie jak moja...nagle skończyło się awanturą. 
Wszystko byłoby tak jak zawsze gdyby nie fakt, że skutki tej afery odczuwamy do dziś, mama nie odzywa się z Elą i póki co nie widać szans na naprawienie tego wszystkiego. 
Nie lubię jak nasza i tak coraz mniejsza rodzina się dzieli. 
Całe życie trzymałyśmy się razem, nie chcę by teraz coś temu przeszkodziło, ale nie mam pojęcia jak mogę pomóc. To przykre.

Przedostatni dzień w Warszawie zakończył się udanymi zakupami z Elą i piękną czarną sukienką. Ostatnie rozmowy z rodzinką i powrót na Śląsk.

Tu wszystko byłoby dobrze gdyby nie niefortunna impreza ze znajomymi, która skończyła się konfliktem z policją a co za tym idzie skargami, przesłuchaniami i takimi tam. Nic poważnego, aczkolwiek denerwującego.



Maj w porównaniu do kwietnia zaczął się rewelacyjnie. Pierwsze mocniejsze słoneczko i pierwszy w tym roku grill na działce. Bajka.

Potrzebowałam się odstresować a to był świetny pomysł.

Potem miałam trzy ciężkie dni do przełknięcia i po nich kolejna dawka spokoju. W tym pieczenie truskawkowych ciast i kolejny świetny grill na słoneczku. Szykowały się kolejne dwa ciężkie dni, pomiędzy nimi jeszcze policyjne przesłuchanie, na końcu wreszcie mieliśmy udać się do Wrocławia na kontrolę a tu suprajs, w 1/3 drogi samochód odmówił posłuszeństwa a spod maski wydostał się dym. Wizyta się przełożyła, ale tak czy siak do niej doszło. Na szczęście okazało się, że z psiakiem wszystko w porządku. Co prawda łapka będzie go boleć przy przeciążeniu, ale tego niestety już nie zmienimy.

A teraz. . . przede mną lato. 
Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam na relaksujących wczasach dlatego wbrew wszystkim zarezerwowałam pobyt nad morzem.
 Odpocznę po dość stresującym roku, zrobię zajebiste zdjęcia, pozwiedzam i zrelaksuję się. Wiem, że będę się dobrze bawić. Nie mogę się doczekać!
Zbliża się czas podjęcia trudnych decyzji. Wiem już co zrobić ze swoim życiem, teraz wystarczy po to sięgnąć. Wiem, że wiele się zmieni, ale wiem też, że te zmiany będą na lepsze. Skończył się dla mnie czas wegetacji i pytań o lepsze jutro. Teraz nadszedł czas by pokazać tym wszystkim którzy życzyli mi jak najgorzej środkowy palec i wspiąć się wyżej od nich. A potem spojrzeć w dół i zobaczyć w ich oczach to, co zawsze było oczywiste: jestem od nich we wszystkim lepsza. 

Inni mają marzenia, ja zmieniłam swoje w cele. 















sobota, 9 marca 2013

Dzień Kobiet

Wczorajszy dzień, wydaje się, miał wyglądać zupełnie inaczej. Przynajmniej wsiadając w autobus miałam takie założenie. Ale czy wszystko zawsze musi iść wg moich planów? Chyba trochę przesadzam. 
 Wyspałam się tak jak tego potrzebowałam, leniwie się przebudzałam, żadnego pośpiechu.
Później dobry obiad i herbata u mamy, z babcią. Miła rozmowa, aż trudno w to uwierzyć, a jednak...czasem się da, aż miło.
A później miał już być typowy dzień kobiet...
 

Więc spotkałam się z Michasiem u niego w pracy [ a ile przy tym nerwów, nienawidzę się za to! ] , zakupy na kolacyjkę i perfekcyjne rafaello [kocham !].

Miał być cudny kwiat, ale...chyba żaden zbytnio nie przypadł mi do gustu [jestem wybredna, a co ].
No dobrze, było bonsai <3 Piękne...
I miał być kjujik. O tak, piękny, szary kłapouch, ale jak zobaczyliśmy cenę tego wszystkiego dla kjujika.... to nam ręcę opadły i tak oto powstał szelmowski plan dużego zwierza [innego] w domu. A więc czekam cierpliwie [znaczy staram się czekać cierpliwie, średnio mi to wychodzi ]
Tak czy siak nadszedł wieczór. Wymarznięci dotarliśmy wreszcie do domu i Michał zrobił [uwarzył^^] pyszną kolacyjkę...aj, plus słodycze, plus wshisky, plus długa rozmowa i film... 
Wiesz Michał, było zajebiście.
Kocham spędzać z Tobą czas.Sprawiasz, że czuję się przy Tobie wyjątkową kobietą.
Dziękuję.




 

piątek, 8 marca 2013

Śladami wiosny...

Ostatnio ciężko mi coś zrobić na czas.
Planuję, ale nigdy te plany nie pokrywają się z przewidzianym na nie czasem.
Wreszcie udało mi się zrealizować spacer ze zdjęciami razem z Gosią.
Nie widziałyśmy się naprawdę długo i pewnie zagadałam ją na śmierć..., ale potrzebowałam takiego wyjścia, takiego towarzystwa i mogę szczerze powiedzieć, że było bardzo fajnie.
Marudziłam tylko na obcasy, bo przecież musiałam się w nich wybrać na forty...to takie normalne...
Przyszła wiosna, albo raczej...próbowała się przebić.
Raz się udało i poczułam się jak w raju.
Tak bardzo tęskniłam za wiosennymi promieniami słońca.
Za tym ciepłem jakie powoli zaczyna oblewać ziemię. Za  Z A P A C H E M wiosny, bo ma taką piękną specyficzną woń. Coś jak szczęście spadło na mnie tamtego dnia.
Szukałam kwiatów, ale chyba mam za duże wymagania i brak mi cierpliwości.
Nic jeszcze się nie rozwinęło.
W przypływie tęsknoty za zielenią zabrałam do domu kilka gałązek z pąkami i czekam cierpliwie aż rozkwitną. Widać już zielone, jasne kolory więc pewnie lada dzień będą młode listki.
Nie mogę się doczekać.
Jeszcze parę dni, tydzień, może dwa i wiosna na całego.
Wreszcie.

Tymczasem próbuję się za siebie wziąć. Trening. Ciężki, ale za to jaka satysfakcja. Michał kupił mi nawet ostatnio skakankę elektroniczną i mam z nią dobrą zabawę próbując zrobić jak najwięcej.
Nie dbałam o formę tak długo, ze zaczęłam za nią tęsknić. Muszę to nadrobić jak najszybciej bo mam zamiar pływać latem w takiej formie jaką miałam 2 lata temu. O tak... :)

Mija już ósmy dzień mojego mieszkania z Michałem w nowym gniazdku. Charaktery póki co nie ścierają się aż tak bardzo. Nie kłócimy się i nie wydrapujemy sobie oczu. Jest wręcz przeciwnie. Pomagamy sobie nawzajem i przyjemnie spędzamy czas.
Ostatnio graliśmy nawet w miasta państwa... tak dawno w to nie grałam. Miła odmiana.
Lubię te nasze wieczory kiedy nic nie jest ważne i wszystko poza nami przestaje mieć znaczenie. Jest tak, jakby cały świat nagle zniknął. Tylko ja i on. Dobra muzyka i nasze plany.
Chciałabym tak częściej, ale potrzeba na to czasu, którego niestety nie ma za wiele....

Przegadałam wczoraj ze 2 godziny ze współlokatorką. Nawet nie wiedziałam, że można mieć tyle wspólnych tematów. Miło. Bardzo miło. Może jakoś niedługo wyjdziemy sobie gdzieś wszyscy wspólnie... rozrywka chyba przyda się wszystkim.


Jest znów wcześnie. Polubiłam to wstawanie rano. 

poniedziałek, 4 marca 2013

Łzy.

Czasem mam wrażenie, że mój świat się zawala. Nie wiem tylko czy to jedynie iluzja czy jest tak naprawdę. 
Chciałabym żeby mi na niczym nie zależało,żebym mogła niczym się nie przejmować, ale tak się nie da, bo trzeba jakoś żyć. Nie jest łatwo.
Szukam tej pieprzonej pracy i nikt się nie odzywa jak na złość, mam już tego po dziurki w nosie. 
Podupadam na zdrowiu i tak naprawdę nawet nie mam jak iść do lekarza. Wszystko po kolei się sypie.
Nie mogę zrealizować większości swoich planów czy marzeń bo ciągle są jakieś przeszkody na drodze. 
Nie wiem ile tak jeszcze będzie. Przez całe życie? Ciągle pod górkę?
Nie śpię od piątej trzydzieści. Mamy trzynastą. Leżę na łóżku przez te wszystkie godziny i nie mam ochoty na nic. Czuję się załamana. Nie wiem dlaczego. Ale czuję, że słabnę.
Jest mi smutno i coraz częściej przychodzą przykre wspomnienia do głowy. Do tego zastanawiam się dlaczego potoczyło się tak a nie inaczej - ze wszystkim.
Plus sny, okrutne sny i mary nawet kiedy jeszcze nie zasypiam. Jakieś obrzydliwe powykręcane twarze i trupy, które mi się pokazują.
Nie mam pojęcia co to wszystko znaczy, ale przeraża mnie to.

Dobrze, że jest Michał. Mogę z nim porozmawiać choć jest mi ciężko rozmawiać o tak wielu rzeczach. Nawet nie wiem od czego powinnam zacząć, bo przecież nie da się opowiedzieć całego swojego życia.
Siedzę sama w pustym pokoju i wcale nie jest dobrze. Czekam na niego od tej zasranej piątej trzydzieści. Mijają godziny, wariuję. Nienawidzę być sama. Do tego potworne boleści jakie dostałam po rybie... Brakowało mi do szczęścia jedynie zatrucia.

Potrzebuję wiosny, pragnę słońca, ciepła... Chciałabym znów poczuć, że żyję... na nowo pokochać Warszawę. Tyle się zmieniło. Czasem żałuję z całych sił, że tu jestem, w jednej sekundzie rzuciłabym wszystko i wyjechała. Gdziekolwiek. 
Ale staram się ułożyć tu życie, spróbować jeszcze raz i jeszcze jeden.
Tylko kiedy powiem sobie dość?

sobota, 2 marca 2013

Rozkojarzenie

Mijają minuty, a ja kompletnie nie mogę się skupić na zajęciach. Nie ma jeszcze jedenastej, a już mnie dopadają miliony myśli. Próbuję je odgonić, ale jestem za słaba. Duszę się. Słucham o metafizyźmie duchowym - ok chyba o mnie.
Przeszłość wraca do mnie jak bumerang. Odtwarza się w pamięci dzień po dniu, chwila po chwili. Tortury.
Czuję w środku pustkę, tęsknotę, a zaledwie parę chwil później sama się karcę, że zaglądam w tę otchłań. 
Muszę zaprzestać tych "okultystycznych" praktyk. Na zawsze.
Dziś w nocy się przeprowadzałam. Mam całkiem nowe gniazdko, ale jeszcze tego nie czuję. Zarówno ja jak i Michał jesteśmy ciągle w pośpiechu, chyba czujemy się zmęczeni.
Znów ten niepokój metafizyczny. Kurwa. Wykończę się. Jak Boga kocham.
Mam za dużo do zrobienia + ogrom nauki. Może uda mi się nie dopuszczać tych wszystkich myśli do siebie.

Jakiś taki zastój w życiu. Próbuję coś z tym zrobić. Mimo ogromu nauki spróbuję zrobić duże porządki. Zajmie dużo czasu, ale pomoże mi poczuć się lepiej.
Zacznę od nowa, Wszystko od nowa, Wreszcie tak jak miało być od samego początku.

Czym się różnią moje słowa od poprzednich? Teraz czuję, że są prawdziwe, czuję, że mogę, że dam radę i to właśnie ten czas. Mój czas.

Popełniłam tak wiele błędów. pora to naprawić - póki jest jeszcze co naprawiać.

Kolejna godzina. Burdel w mojej głowie. Oglądam jakiś film o ostatnich Nomadach. Próbuję zająć myśli.
Szumi mi w głowie od nadmiaru dźwięku. Nadal brak indeksu. Muszę się wreszcie z tym zgłosić gdzie trzeba. 
Mętlik. Nawet piszę chaotycznie. Co za dzień. Chciałabym się schować pod kołdrę, wypić ciepłą herbatę i posłuchać dobrej muzyki. O tak, mam herbatę, na uczelni, ale zdecydowanie wolę jak zrobi mi ją Michał. Taka z uczuciem smakuje lepiej. 
A właśnie...Michał wróci dziś znów koło pierwszej. Nie cierpię kiedy ma drugie zmiany. Tęsknię...

Szukam kotka dla pocieszenia się. Miau?

C H A O S . Powinnam to sobie gdzieś wytatuować. Tęsknię za porządkiem. Ciszą. Ułożeniem wszystkiego. Wczoraj rano zastanawiałam się co się wydarzy za rok, za dwa. Ile się pokryje z tym, co chcę osiągnąć, o co walczę i co sama sobie założyłam, oznaczyłam jako cele. 
Nie wiem nic, niczego nie jestem pewna. 

Szukam pracy.Usilnie dzień po dniu. Oszaleję w domu. Muszę pracować.

W planach na najbliższe dni mam na pewno zdjęcia. We wtorek spotkam się wreszcie z moją Hanazakari. Więc pewnie będzie i sesja. Jeśli jestem już przy zdjęciach, to 27 kwietnia jest sesja z Pospolitego Ruszenia Fotograficznego [PRF] w klimacie TRIBAL-POST-APO w Centrum Sportów Ekstremalnych. I z całą pewnością się wybiorę. Ja i Michał, który będzie modelem. Cieszę się. Powinno być już cieplutko. Znowu wiosna tchnie we mnie życie. Czekam na te dni jak na zbawienie.

NAUKA. Jest tego naprawdę dużo. Muszę się powoli przygotowywać do egzaminów więc KAŻDEGO DNIA bez wyjątku powinnam się uczyć. A czy uczę? *śmiech*

8 marca najprawdopodobniej wybierzemy się z Michasiem do kina. I może kupimy sheeshkę. Wreszcie <3 !
Później trzeba opłacić rachunki, mieszkanie. I zobaczymy co dalej.

A z dalszych snuć -> wakacje. Piękny czas, który chcemy spędzić bardzo aktywnie. Nie wiem czy coś z tego wyjdzie, ale bardzo bym chciała. Bardzo...

Nie wysiedzę tu. Nomadzi naprawdę mnie nie interesują. A te dźwięki...totalnie mnie rozstroiły. Jeszcze czterdzieści minut. Zastanawiam się czy zostać dłużej[?]

Pies czy kot? Kot czy pies? Poważnie się nad tym zastanawiam. Nasza współlokatorka ma alergię na koty, ale powiedziała, że jakoś to zniesie. Pytanie tylko czy jest sens ją tym męczyć?
A pies... ŻADEN nie zastąpi mi Ichiro. To na pewno.
W grę wchodzi adopcja, ale wolelibyśmy mieć maluszka w domu, żeby wszystkiego nauczyć go od podstaw. 
Nie wiem czy jestem na to gotowa, ale potrzebuję w domu czterech kosmatych łapek.!

Mam w głowie wczorajszy wieczór przepełniony wonią kadzidełek. 
Pojutrze oblewamy nasze gniazdko. Szampan i dobra kolacja.
To jest to, czego teraz potrzebuję. O tak.