Podobno
pisanie uwalnia, a przelewanie uczuć na papier przynosi ulgę.
Tak jak i czas
leczy rany, tymczasem czas nie leczy ran, on tylko przyzwyczaja do bólu.
Ja
przyzwyczaić się do tego nie chcę i nie potrafię.
Minęło
już 467 dni odkąd ostatni raz coś tu napisałam. Ja jednak żyłam dalej, dzień po
dniu zmagałam się ze smutkiem, zwątpieniem, strachem, zagubieniem, rzadziej
odczuwałam szczęście, spełnienie, radość.
Próbowałam
kilkakrotnie usiąść do komputera by coś z siebie wyrzucić.
Jednak przywoływało
to falę niekoniecznie dobrych wspomnień i czując napływające łzy po prostu się
poddawałam.
Dziś pojawiła się kolejna próba i tym razem na szczęście się udało.
Do
naszego mieszkanka przybył upragniony piesek.
Szukałam tej rasy trzy długie
lata, to była miłość od pierwszego wejrzenia.
Kiedy zobaczyłam ten wielki
czarny nochal, piękną białą długą sierść wiedziałam, że to taki pies jest dla
mnie stworzony.
Długo szukałam o nim informacji, a później równie długo
czekałam by móc kupić go poza hodowlą.
Nie jestem zwolennikiem kupowania psów
na wystawy, więc kiedy tylko nadarzyła się okazja spełniłam swoje marzenie i
zakupiłam Snowa.
Szczęście
nie trwało długo, piesek stał się przyczyną naszej wyprowadzki.
Całe szczęście,
że lubię zmiany, a psiak szybko zaadaptował się w nowym miejscu.
Tak z Bemowa
trafiłam na Pragę.
Miałam z tym miejscem wiele miłych wspomnień.
Spędziłam tam
nie jedno lato, czekając możliwości wyprowadzki do Warszawy.
Poznałam tam paru
ludzi, z którymi dość długo miałam ciekawy kontakt, szkoda jednak, że później
zatarł się całkowicie.
Były
plusy i minusy mieszkania tam.
Piesek średnio miał gdzie biegać, trzeba było
troszkę jeździć, żeby mógł się swobodnie wyszaleć, przez to często mieliśmy
okazję by pospacerować po Parku Skaryszewskim, który po prostu uwielbiam!
Biorąc pod uwagę, że było już lato, jeździliśmy z nim także na Pola Mokotowskie
gdzie mógł się popluskać.
Zabraliśmy go nawet nad Zalew Zegrzyński, ale wolał
wygrzewać się jak kot na piasku niż szaleć z nami w wodzie, a jeśli już tam
wchodził to kończyło się to podrapanymi plecami,.
Cóż . . . męczył się szybko i
podobało mu się holowanie do brzegu.
. . .
Nasze
mieszkanko miało ogromny balkon, który wykorzystaliśmy dość nietypowo . . .
Wpadła do nas Katt, wyrzuciliśmy tam łóżko, laptop, shishę i alkohol.
I muszę
przyznać, impreza była świetna.
Zresztą . . . miło było wreszcie spotkać się z
Katt, nie widziałyśmy się naprawdę bardzo bardzo bardzo długo, po dość poważnej
kłótni.
I może wielu osobom bardzo przeszkadza ta znajomość, mają swoje własne
komentarze i opinie na ten temat, ale ja też wiem swoje.
Minęło tyle lat i tyle
strasznych rzeczy się wydarzyło, jednak mimo tego nasza znajomość przetrwała.
Ludzie się zmieniają, my też obie miałyśmy szansę.
I teraz jest dobrze
. Tak już
pozostanie. Nic nie było w stanie tego zniszczyć.
. . .
Pomieszkując
sobie tam miałam wiele czasu na przemyślenia.
To chyba źle, bo nie wniosły nic do
mojego życia, a wiele mi skradły.
Począwszy
od ojca, do którego wrócę tu kilkakrotnie.
Zabawne, nie było go tyle lat, nadal
nie ma a jednak kiedy piszę to gdzieś się łajza przyplącze.
Przez ten czas miałam związanych z nim kilka całkiem
dobrych wspomnień, teraz wymieszały się i zgubiły wśród nowych, jakże
strasznych i niechcianych.
Mówię sobie, że obojętne jaki jest i co zrobił to
nadal go kocham, ale każdego kolejnego dnia, w którym zastanawiam się czym
zawiniłam, co takiego mu zrobiłam, że po prostu wyrzucił mnie w zapomnienie,
zaczynam myśleć, że w tym sercu dorosłej już, a nie tamtej malutkiej wiecznie
czekającej na jego powrót dziewczynki już nie ma miejsca na miłość.
Ile razy
zaczynam choćby o tym myśleć, tyle razy coś we mnie pęka.
Trudno
mi komukolwiek o tym mówić, chyba zresztą nikt nie jest w stanie pojąć co
czuję.
To się we mnie zbiera, dusi mnie, czasem coś z siebie wyrzucę, rzadko
kiedy łzy pozwalają mi o tym mówić.
I muszę jakoś z tym żyć, a do tych walk z
samą sobą dochodzi jeszcze niezrozumienie i pretensje z innych stron.
Wiem,
że nie spełniłam oczekiwań, jakie były skierowane w moją stronę.
Wiem jak
często zawodziłam, dawałam puste nadzieje i kruszyłam zaufanie jakim mnie
obdarzano.
Jednak nikt nigdy nie spróbował postawić się w mojej sytuacji i
zastanowić się co ja muszę czuć, czy ja daję sobie z tym radę, czy nie
potrzebuję pomocy.
Dobrze i wygodnie było myśleć, że jeśli o nią nie proszę to
nie jest mi niezbędna.
Potrzebowałam
w domu mężczyzny.
Każdy dom go potrzebuje.
Przez jakiś czas był w nim dziadek.
Odszedł zdecydowanie za szybko, ja nie zdążyłam nawet dobrze zrozumieć dlaczego
Bóg go mi odbiera.
Nie miałam już szansy by poważnie z nim porozmawiać,
opowiedzieć o swojej pierwszej miłości, szkole, planach na przyszłość, o tym co
mnie cieszy lub o moich lękach.
Może za rzadko o tym mówię, może nadal nie chcę
w to uwierzyć, że go nie ma, mimo, że minęło już prawie 14 lat.
Pamiętam
każdą naszą wspólną zabawę, pamiętam nawet słowa jakie mówiłam do niego,
pamiętam jak uczył mnie liczyć i pisać i czytać i rysował tak tylko dla mnie,
jak potrafił najpiękniej.
Odważę się nawet powiedzieć, że bardziej nie umiem
się pogodzić z jego odejściem, a nie z odejściem ojca. Trudno ogarnąć umysłem
taki rozmiar miłości.
Wiem, że dziadek nie był idealnym mężem czy ojcem, słyszę
to czasami . . . ale w mojej pamięci pozostał i już na zawsze pozostanie
bohaterem.
Czas sprawia, że zapomina się o ludziach.
Najpierw zapominamy jak
brzmiał ich głos.
Spędziłam godziny na bezsilnych próbach przypomnienia sobie
jaki był jego głos.
Później zapominamy powoli jak wyglądali. Tego nie chcę
zapomnieć i nie mogę na to pozwolić. Dobrze, że mam choć kilka jego zdjęć.
Zapominamy o ich nawykach, powiedzonkach, tradycjach. Tak jakby . . . stopniowo
przemijali w nas samych.
To niesprawiedliwe.
A
teraz zdaję sobie sprawę z tego, że kolejny tak ważny dla mnie mężczyzna choć
żyje, przemija we mnie podobnie jak dziadek. I nic nie mogę zrobić. To jak
powolne umieranie.
Mimo
tego, co czułam kolejny raz wyciągnęłam w stronę ojca rękę i postanowiłam go
odwiedzić.
Przyszło
lato i podróż do Czech.
Trochę się obawiałam spotkania, w końcu to trochę tak jakbym jechała do obcej
osoby, przecież tak niewiele o mnie wie.
Za
oknem pociągu czerwone niebo.
Snow wszystko przegapił, rozłożył się na pół przedziału i
smacznie chrapał.
Podróż go wykończyła.
Wieczorem
nas odebrał.
Poznał wreszcie Michała, zabrał nas do domu, pozwolił Snowowi spać
z nami na górze, bo przecież ten kosmacz nie może wytrzymać bez nas pięciu
minut i panikuje.
Tata
w tym roku wydawał się inny.
Dużo z nami rozmawiał i żartował.
Może dlatego
poczułam się trochę lepiej, otworzyłam się bardziej, pozwoliłam by choć na
chwilę znów pojawił się w moim życiu.
Zapaliła się mała iskierka nadziei.
Niepotrzebnie.
Było
mi niezręcznie, nie zawsze wiedziałam co mówić, ale jak miałam wiedzieć kiedy
nie było czasu by opowiadać o swoim życiu, które gdzieś po drodze przegapił.
Zastanawiałam się w czym ta mała kruszynka jest lepsza ode mnie, bo z nią nadal
jest, uczestniczy w jej życiu, jest dla niego małą królewną, a ja . . . byłam
tylko kopciuszkiem.
Liczyłam
lata do przodu, ah, jeszcze 3 i miałaby tyle ile miałam ja kiedy mnie zostawił.
Udawał, że wszystko jest w porządku, spełniał każdą moją zachciankę przez cały
pobyt, ale ja wiedziałam: doskonale zdał sobie sprawę z tego, że nie da się posklejać
pokruszonego szkła.
Każdy
pobyt w Czechach ma swój niezmienny rytm.
Tak było i tym razem.
Wybraliśmy się
z Michałem do Zlatego Jelena.
Droga jest dość daleka, choć muszę przyznać, że
kiedy byłam dzieckiem wydawała się znacznie dłuższa.
Nawet to wielkie drzewo,
przy którym wyglądam jak kruszynka na zdjęciu teraz nagle wydało się po prostu
kolejnym drzewem.
Było
przyjemnie ciepło, zabraliśmy Snowa, zbierałam jak zawsze po drodze jabłka z
sadu, jeżyny i maliny w lesie i orzechy laskowe w drodze powrotnej.
W
restauracji na samej górze wreszcie wypiliśmy kofolę, która o dziwo przypadła
Miśkowi do gustu
(są tacy, których się nie przekona!).
Jak zwykle podziwiałam
dalekie Beskidy, których szczyty było widać w oddali.
Już wtedy wiedziałam, że
któregoś dnia tego pobytu zobaczę je z bliska.
I nie myliłam się.
Następnego
dnia jechaliśmy zobaczyć Beskidy.
Kondycja
już nie ta, co dało się zauważyć jak tylko zaczęłam piąć się w górę ; )
Miło
spędzony czas, długa trasa na sam szczyt pełna cudownych widoków, które
pamiętałam z dzieciństwa, z poprzednich lat i pobytów w tym miejscu.
Trochę się
pozmieniało jednak coś zawsze zostanie takie samo, a to przywołuje wspomnienia.
Tym razem dobre.
Polowanie na jaszczurki. . . coś, co
uwielbiałam robić kiedy byłam mała, wdrapywanie się na górki, bieganie po
lesie, zbieranie jeżyn i cieszenie oczu tym, co nas otaczało.
Michał
dzielnie dotarł na górę, ja ledwo się tam doczłapałam, Natalka znosiła mężnie
całą drogę, szkoda, że nie mogliśmy zabrać psa.
Choć z drugiej strony pewnie
bardzo by się zmęczył.
Na
szczycie czekał ulubiony Hotel Ondras i restauracja.
Wypiliśmy kofolę,
Radegasta, zrobiliśmy kilka zdjęć, bawiliśmy się na huśtawkach i karuzelach jak
dzieci, no naprawdę, nawet ojciec . . . ale czasem potrzeba znowu poczuć się
dzieckiem.
Wracając
zmęczeni, ale zadowoleni podziwialiśmy widoki i nie ukrywam byłam szczęśliwa,
że to już z górki.
Na samym dole zjedliśmy obiadek i wróciliśmy do domu.
Mieliśmy tam spędzić chwilę, a w końcu
przeciągnęło się to od cholery.
Wracaliśmy przez sady zbierając śliwki i
jabłka.
Czułam na sobie zachodzące, ale jeszcze ciepłe
słońce i byłam tak bardzo szczęśliwa.
Jak kiedyś, kiedy byłam małą dziewczynką.
Zrobiliśmy
szybkie zakupy i wróciliśmy na grilla.
Tata
o dziwo skusił się na fajkę wodną i tak mu smakowało, że przy kolejnym grillu
pytał się, czy też będziemy palić ; )
Kolejny
dzień nie zaburzył rytmu pobytu w Czechach.
Pojechaliśmy do zoo w Ostravie.
Zoo
nigdy mi się nie znudzi. Mogłabym chodzić tam co drugi dzień a i tak byłabym
tak samo zadowolona.
Ani oglądania ani zdjęć w zoo nigdy dość.
W
czasie kiedy my sobie spokojnie paradowaliśmy alejkami nasz kochany Snow razem
z Timim, z którym siedział w kojcu przegryzł siatkę i uciekł.
Całe szczęście,
że w domu była Terka, bo pewnie by się zgubił.
Co za urwis!
Zaraz
po zoo my z Michałem pojechaliśmy zwiedzać miasto, a reszta wróciła
przygotowywać kolejnego grilla.
W tym roku obiecałam wrócić wcześniej, bo
zdarzyło mi się już wracać po nocy kiedy nie było autobusu i nie powiem żeby
było przyjemnie czy bezpiecznie.
Wiedziałam w każdym razie, że nie chcę tego
powtarzać.
Zwiedziliśmy
standardowo stare miasto, alejki, kościółki, słynną ulicę Stodolni, która do
życia budzi się w nocy zachęcając neonami, licznymi klubami, dobrą muzyką.
Wykąpałam się w fontannie po części, Miśka nie dało się na to namówić.
Wystaliśmy się w długiej kolejce po własną puszkę coca-coli, było warto ; ) ,
byliśmy na pięknym moście, zrobiliśmy masę zdjęć, a później zmęczeni wróciliśmy
do autobusu.
Oczywiście
coś musiało pójść źle.
Pamiętaliśmy tylko po części nazwę przystanku, na którym
mamy wysiąść.
W obawie by nie pojechać za daleko wysiedliśmy wcześniej.
Przezorny zawsze ubezpieczony.
Jednak nie przewidzieliśmy, że to było stanowczo
za wcześnie.
Cóż. . . zrobiliśmy sobie konkretny
zdrowy spacer ; ) .
Zanim
dotarliśmy do domu trafiliśmy na tatę, który się dokądś wybierał.
Zabraliśmy
się z nim, jak się później okazało, to miała być niespodzianka, przyjechała z
Pragi Marcela. Strasznie się ucieszyłam!
Nie widziałam jej naprawdę długo i
miło było znowu się spotkać.
Zakupowy
szał.
Cały koszyk słodyczy i dobrego jagodowego piwa, które miałam okazję już
wcześniej pić w Toruniu w ‘Piwach Świata. I czas . . . się pożegnać.
Nienawidzę
pożegnań.
Odjeżdżając od niego nigdy nie wiem kiedy znowu się spotkamy.
To
śmieszne, mieszkać całkiem blisko siebie i widywać się tak rzadko.
Nie do
pojęcia.
Z
umówionego miejsca odebrał nas tata Michała.
Mój tata z kolei założył okulary,
żeby nie było widać łez.
Ale ja je widziałam.
Sama miałam nadzieję, że będę
twarda, że dam sobie radę.
Nie dałam.
Dopadł mnie taki smutek i takie
rozgoryczenie, że nie potrafiłam tego zatrzymać.
Odjeżdżałam już tęskniąc. A
przecież tak mocno miałam go nienawidzić.
.
. .
Rybnik
okazał się uroczym miasteczkiem.
Kolorowym, zielonym. Zupełnie inaczej sobie
wyobrażałam miasto, w którym pracuje Elektrownia.
Jednak nie było to niemiłe
rozczarowanie.
Z
przyjemnością oglądałam okolicę kiedy jechaliśmy do rodziców Michała.
Mamę
Michała spotkałam w pracy.
Okazała się taką miłą kobietą, a przecież strach ma
tak wielkie oczy.
Nigdy więcej nie dam się nabrać Michałowi na nic.
Poznałam
też braci Michała.
Tak więc rodzinka w komplecie a ja przeżyłam.
Pies
jak to pies, zadowolony, nawet na balkonie dostał herbatę do picia (?) Pił.
Naprawdę ją pił, a jak wrócił do Warszawy to na naszym balkonie też szukał
herbaty. . . lord jeden.
Spotkaliśmy
się w niedługim czasie ze znajomymi Michała, po części też z moimi.
Fajnie było
się znów zobaczyć.
To był miło spędzony wieczór, choć powrót z ledwością i o
później godzinie.
Następny
dzień upłynął pod znakiem zwiedzania miasta.
Pojechaliśmy do centrum. Zrobiłam
kolejną setkę zdjęć.
Biegałam po sklepach, oglądałam kamieniczki, podziwiałam
kwiaty, wyciszałam się przy fontannach i karmiłam gołębie na rynku.
Tam naprawdę można się wyciszyć i
nacieszyć oczy pięknym widokiem.
A nie ma nic piękniejszego niż zachodzące
słońce nad wodą.
Tutaj
także grillowaliśmy.
Odbyło się przy tym kilka przyszłościowych rozmów wtedy
jeszcze niezupełnie poważnie przez nas odbieranych.
Pies
pokochał działkę i zalew.
I już wiedzieliśmy, że w Warszawie będzie się tylko
męczył.
Wszystko
co dobre szybko się kończy. . . więc wróciliśmy do codzienności.
.
. .
W
Warszawie sprawy potoczyły się błyskawicznie i niezaplanowanie.
Kompletnie
nie mogliśmy się dogadać z naszą współlokatorką, która doprowadzała mnie do
szału. Nie lubię kiedy ktoś się panoszy, robi coś po złości i czuje się
całkowicie bezkarny.
Dlatego pokazaliśmy jej, że potrafimy wymierzyć jej karę i
dać nauczkę w brutalny sposób.
Wyprowadziliśmy
się w jeden późny wieczór.
Z dnia na dzień podjęliśmy spontanicznie tak trudną
decyzję.
Tak
oto stało się. Zamieszkałam w Rybniku.
Przeprowadzałam,
wyprowadzałam się już tyle razy w swoim życiu, że kolejny raz nie zrobił na
mnie żadnego wrażenia.
Przynajmniej tak myślałam na początku.
Kilometry robią
swoje, a ja tęskniłam cholernie za rodziną.
Przyszedł
czas na nowości, poukładanie sobie życia na nowo.
Wybraliśmy się na zakupy do
mieszkanka i od razu poczułam się lepiej.
Pomyślałam nawet, że tu odpocznę od
wszystkiego, że może to wniesie coś dobrego do mojego życia. I wniosło.
Wystarczająco wiele bym tego nie żałowała.
Przyszła
jesień więc korzystałam z okolic i jeździłam na grzyby.
Ostatni raz na grzybach
byłam jak byłam jeszcze w podstawówce.
Nie muszę chyba pisać jak bardzo mnie
cieszyła możliwość takich wypadów.
Przy okazji dowiedziałam się, że wszystkie
grzyby są jadalne ale niektóre tylko raz!
A
i pies był szczęśliwy.
Buszował po lesie, biegał od jednego do drugiego drzewa
jak szalony.
Na
dniach zapisałam się też do biblioteki i od tego czasu pożeram książki stosami.
Wreszcie skończyłam sagę o Wiedźminie, ubolewam nad tym strasznie, ale zabiorę
się za serię Gry o Tron i powinno być okej, może zapomnę, że coś tak dobrego
tak szybko się skończyło.
Tak też zrobiłam jogurtowca,
ciacho z truskawkami, ciacho czekoladowe z niebieskim kremem, ciacho z
jabłkami, pieguski i masę muffinek. : )
.
. .
Ciekawa jak to wszystko
pracuje wybrałam się tam z Miśkiem i nie żałuję.
Zobaczyłam tyle ciekawych
rzeczy, procesów, nauczyłam się czegoś nowego, choć było tam obrzydliwie gorąco
i poniekąd też niezbyt bezpiecznie i przede wszystkim okrutnie głośno (nie wiem
jak ci ludzie mogą pracować w takich warunkach). . .
Wreszcie
przełamałam strach do tych wielkich kominów, którymi mama mnie straszyła jak
byłam mała.
Jednakże fakt, że bardzo gorąca okazał się prawdziwym.
Już wiem, że to
chłodnie, a zimą można tam zobaczyć sople takiej wielkości, że wbiły by się w
człowieka po samą dupę gdyby spadły z góry.
Zaraz
po zwiedzaniu elektrowni nadarzyła się okazja by pojechać na wystawę psów
rasowych do Kamienia.
Oj
jak ja kocham psy. Oczywiście i naszego nie mogło zabraknąć. Dostawał wścieku
ogona kiedy widział wokół tyle czworołapów, ale dzielnie wytrzymał ten dzień.
A
ja po raz pierwszy widziałam tyle pięknych psów w jednym miejscu. W tym cudowne
charty afgańskie, które tak podobają się mamie, czy setery irlandzkie,
wspominając mojego, cane corso, którego chciałby mieć Michał, a którego pewnie
bałabym się jak cholera, nowofundlandy, które wg Michała taty były
niedźwiedziami czy też szpice wilcze, które były jak puch. Bajka.
A
nasz dorobił się zdjęcia do Echa Dnia. Cóż , ja wiedziałam, że to chodzące cudo
przyciąga uwagę nawet jak nie bierze udziału w wystawie. Piękna bestia.
.
. .
Jak
i piękny tak i pechowy.
Już
od dawna widzieliśmy, że piszczy kiedy za dużo biega za psiakami.
Na
początku myśleliśmy, że to może dlatego, że nie potrafi dogonić mniejszych i
bardziej zwrotnych od siebie. Jednak z czasem okazało się, że to bieganie
sprawia mu ból. Szybko zaczął też kuleć na prawą łapkę.
Kiedy
byliśmy w Warszawie wybraliśmy się do weterynarza. Tam dowiedzieliśmy się, że
to szczenięce zapalenie kości. Dostał jakiś lek i to miało pomóc. Oh my naiwni.
Jak
się później okazało już tu na Śląsku przez to przebyte i nie wyleczone
zapalenie kości pojawiła się mała dysplazja łokciowa, zwyrodnienie, które
trzeba było skorygować.
Tak
trafiliśmy do chirurga Cymbryłowicza w Gliwicach. Zarządził osteotomię prawej
przedniej łapki. Miało to naprawić nadgarstek, który strasznie krzywił z bólu.
Takim
sposobem Snow otrzymał implant, z którym nosił się prawie miesiąc.
Człapał
częściej na trzech niż na czterech łapkach. Chodził w śmiesznym zielonym
rękawku i gdyby była zima, to byłby mikołajkowym elfem.
Jednak
nam nie było do śmiechu.
Łapka bardzo go bolała, a sam psiak płakał jak
człowiek, przychodził się przytulić by choć tak poczuć się lepiej, dopiero po
jakimś czasie i mocno tulony się uspokajał, a nam łzy płynęły po policzkach bo
nikt nie byłby w stanie obojętnie patrzeć na takie cierpienie.
Po
jakimś czasie czuł się już na tyle dobrze, że mogliśmy go gdzieś zabierać.
Tak
pojechał z nami do Wisły. Tam miałam okazję zobaczyć słynną małyszowską
skocznię, piękną okolicę, wysłać kartki pocztowe (tak, to jeszcze się robi),
zrobić kilka ładnych zdjęć. Piękne miejsce, muszę tam wrócić koniecznie zimą!
Po
wycieczce do Wisły nadszedł czas na wycieczkę do Istebnej i do Wadowic.
Kolejne
piękne góry, piękne spokojne miejsca i plik kolejnych zdjęć.
Wadowice
bez kremówki to nie Wadowice więc kremówki zaliczone. W kolosalnych cenach, ale
każdy zadowolony wciągnął swoją podwójną porcję (Snow dostał kiełbaskę żeby nie
był pokrzywdzony).
.
. .
Pod
tak miłym znakiem wypadów minęła nam wczesna jesień i powoli zbliżała się zima.
Jak co roku i tym razem miałam nadzieję, że zrobię jakieś własne ładne stroiki,
a wyszło jak zwykle. . . brak czasu (stracony na gdybaniu) .
W
połowie listopada odwiedziłam rodzinę w Warszawie.
Wreszcie. Bo naprawdę bardzo
już tęskniłam.
Co te kilometry robią z ludźmi.
Ale na
szczęście to tylko złamanie, mogło się przecież skończyć o wiele gorzej.!
Żeby
było zabawnie w tym samym czasie ja sama się okaleczyłam i pękła mi kość w
nodze (tak wiem, nie uważam jak chodzę).
Mama
też nie ma za dobrych wyników.
Bałam się o nią. Nadal się boję. Kto by się nie
bał?
Rozmawiałam
też z Siergiejem.
M.in. o Wrocławiu, w którym miałam mieszkać. Kawał czasu
spędziłam na planowaniu tego, dużo mniej faktycznie w tym mieście, jednak wiele
z tego zostało, bo nic tak szybko się nie wykorzenia.
Tak
więc smutny wieczór, w którym wszystko do mnie wróciło, w którym wszystko sobie
przypomniałam raz jeszcze: pierwsze spotkanie, zapomniana walizka, śmiech,
zakłopotanie, fontanna, nasz własny teleporter, wieczorne kakao i filmy... Pierwsze plany, płacz ale i szczęście.
Wszystko wróciło jak film. Obawy, wyrzuty sumienia i palący ból. Niepewność.
Złość. Wspomnienia potrafią zabijać.
.
. .
Coraz
bardziej wyczuwało się klimat nadchodzących Świąt Bożego Narodzenia.
Uwielbiam
te święta.
Wnoszą wiele nadziei i zmian.
Teraz jest bardziej stonowane. Ładne.
Jeżdżąc
po sklepach natrafiliśmy na Magic Starsy.
WRESZCIE! Smak mojego dzieciństwa.
Kochałam te gwiazdki, ale muszę przyznać, że kiedyś smakowały mi bardziej.
Jednak nie mniej było miło znów je zobaczyć, kupić, spróbować.
Przywołały dużo
wspomnień. : )
Czekając
na święta urządziliśmy sobie z Michałem polowanie na jemiołę. Zazwyczaj rośnie
ta małpa wysoko na drzewach więc ciężko się po nią wdrapać, ale ja próbowałam
nieustannie. Wreszcie dopomógł mi silny wiatr, który zrzucił mi cały wielki
krzak! To dopiero frajda nieść takiego chaszcza do domu!
Operacja udana! Hurra! A przynajmniej wtedy tak myśleliśmy bo pół roku później
nadal łapkę krzywi. . .
Nadszedł
wreszcie ten czas!
Przystrajanie pokoju i nasza pierwsza wspólna choinka.
Czy
ja już wspominałam jak bardzo kocham te święta?
Polowanie
za jak najpiękniejszymi ozdobami i zabawa pół wieczora ze światełkami.
Uwielbiam to!
Później
jeszcze spacer po rybnickim świątecznym rynku i wyjazd do Warszawy na święta.
Dom
jak to dom . . .
to nie byłoby to samo gdybyśmy i tym razem się nie pokłóciły.
Ale już się do tego przyzwyczaiłam, że w każdą wigilię jest afera.
Wymarzyłam
sobie taką . . . spokojną i inną, ale czas wszystko zmienił i do niej nigdy nie
doszło.
Choinka
dotarła na ostatnią chwilę, co prawda jodła kaukaska, ale ubierana w pierwszy
dzień świąt.
O dziwo, co było bardzo miłe, zaczęłam ten dzień od filmu
obejrzanego wspólnie z mamą, rzadko się to zdarza.; )
To było
słodkie.
Ten maluszek rośnie jak na drożdżach, co przyjadę to jest większy, a
gada jak najęty.
Uwielbiam go, choć uczę się dopiero cierpliwości do dzieci, to
ten szkrab wniósł wiele dobrego do naszej rodziny.
Niestety
drugi dzień świąt skończył się bardzo źle.
Jeśli kiedyś byłam zła o małą aferę
wigilijną, to wszystko cofam, bo awantura, która miała miejsce dwa dni później
przebiła wszystko dwukrotnie.
Usłyszałam
tyle przykrych słów, tak wiele rzeczy, których nie można zapomnieć.
Kolejne
zdania wryły się permanentnie w pamięć.
Nienawidzę
tej naszej rodzinnej tendencji do wypominania sobie przeszłości, do
rozdrapywania tych najobrzydliwszych ran.
Skaczemy sobie do oczu zamiast się
nawzajem wspierać, później niby każda żałuje, ale już za późno, kości zostały
rzucone. I tak jest raz za razem.
Ten
magiczny czas świąt Bożego Narodzenia powinnam spędzić w ciepłej miłej
atmosferze, tymczasem jedyne czego wtedy pragnęłam to powrót do Rybnika.
I to
jak najszybciej.
Cieszę
się, że miałam wtedy blisko Elę.
Że mogłam do niej zadzwonić i po prostu
zabrała mnie z domu.
Razem z Jackiem i Igusiem pojechaliśmy oglądać
najpiękniejsze świątecznie przystrojone miejsca w Warszawie.
Stare
Miasto, Krakowskie Przedmieście i Wilanów były jak z bajki. Nigdy nie znudzi mi
się oglądanie tych tysięcy kolorowych światełek.
Długa
rozmowa, chwila ulgi. . . za to wszystko jestem bardzo wdzięczna, choć
wiedziałam, że niebawem będę musiała wrócić do tej rzeczywistości, od której
choć na chwilę się oderwałam. Bolało najbardziej to, że jestem daleko od domu i
cholernie tam tęsknię, a kiedy wreszcie przyjeżdżam czuję się obco.
27
grudnia mama się przełamała, zrozumiała co zrobiła źle i że to naprawdę musiało
zaboleć. Czas nieubłaganie płynął, niedługo znów miałam wyjechać, więc miło
było usiąść razem i porozmawiać na spokojne.
Brakuje mi tego bardzo często.
Ostatni
dzień w Warszawie spędziłam na wariackich papierach, zakupy przez pół dnia, pogaduszki
pomiędzy i wieczorny przyjazd Eli z dzieckiem, miła długa rozmowa przy piwie i
czas znów mnie dogonił.
Przytulenie,
uśmiech, przeprosiny za przykre słowa i walizka wytargana na zewnątrz, p o w r
ó t .
.
. .
SYLWESTER.
Szaleństwo. Zakupy zdecydowanie szaleńcze.
Czas gonił nas jak dzikie zwierze.
Wpadliśmy z miasta do domu a tu kolejna gonitwa. Trzeba było przygotować coś
dobrego i samemu przecież jeszcze zdążyć się przygotować.
Plus pamiętać, żeby
wszystko zabrać. Nie było nawet czasu dobrze się zastanowić.
Wreszcie
impreza. Miło, sympatycznie, śmiesznie, no bo kto chodzi w koszuli i dresach?
Za szybko za ostro . . . sylwester kończy się o 22.
Zapominam.
Czekam na kolejny. Uczę się na błędach. Trzeba być ostrożnym.
.
. .
Początek
stycznia zapowiada się miło. Kino z Michałem, spacer, późny powrót do domu.
Kolejny dzień pod znakiem słodkiego lenistwa, powrót do dzieciństwa, układanie
puzzli, zabawa idealna.
Tydzień
później krach, nagle znów coś się sypie.
Pies
nie potrafi wejść samodzielnie po schodach. Jego łapy odmawiają posłuszeństwa.
To samo na łóżku.
Biedne
zwierzę.
Nie ma wyjścia znów jedziemy do dr Cymbryłowicza.
Co się okazuje:
niedowład tylnich nóg, boimy się o dysplazję, czekamy na wyrok i jest i wyrok:
konieczna pectinectomia. Łzy. Kolejne.
Niech ktoś spróbuje zrozumieć jak czuje
się człowiek, który dowiaduje się, że jego pies ma mieć wycięte mięśnie? Tego
uczucia nie da się opisać.
Umawiamy się na termin i wracamy pogrążeni w smutku
do domu.
Spekulacje,
godziny rozmów.
Obawa, wahanie i tak powstaje pomysł: jedźmy do najlepszego
specjalisty. Niech wreszcie coś stanie się pewne, a Snow przestanie cierpieć.
W
międzyczasie próbujemy choć na chwilę zapomnieć o problemach.
Kilka wypadów na
lodowisko pozwala nam odpocząć, zrelaksować się przed tym trudnym okresem, ale
nic nie trwa wiecznie, ten dzień sądu nadchodzi.
Nie ukrywam, dziwne uczucie
znów znaleźć się we Wrocławiu.
Wroclove.
To piękne miasto przywitało mnie mrozem. Nawet pies nie chciał iść. Nie wiem
czy to dlatego, że jest takim lordem, czy może po prostu czuł, że za chwilę
zacznie się koszmar (?)
Godzina
błądzenia plus kolejna by zaparkować. Wreszcie udaje nam się dotrzeć do dr Bieżyńskiego.
Wystarczy
chwila badania i wszystko staje się jasne. Zerwane więzadło. Na początku
czujemy jak kamień spadł nam z serca, bo to oznacza, że mięśnie pozostaną na
swoim miejscu. Wyznaczamy termin i wracamy nieco uspokojeni do domu.
W
tym czasie kolejny raz pojawiam się w Warszawie. Wręczam mamie aparat prezent
ode mnie. Krzyczy, że niepotrzebnie, ale widzę, że się cieszy, a ja
lubię patrzeć na Jej uśmiech.
Drugi
luty spotkanie z Katt i Radkiem.
Dawno się z nią nie widziałam, więc sprawiło
mi to ogromną radość. Mimo, że było zimno poszłyśmy na spacer, a potem
standardowo przyciągnął mnie Indeks, nie wiem. . . sentyment mam do tego
miejsca.
Grzane
piwo, na które czekałyśmy ponad pół godziny na szczęście smakowało bajecznie i
rozgrzało jeszcze lepiej (wspominałam, że nienawidzę mrozu?!)
Zdjęcia
z tego spotkania (pożalsiępanieboże) lepiej niech pozostaną gdzieś na dnie
szuflady, ale wspomnienia zajebiste.
Długa
rozmowa, plany kolejnego spotkania, poznanie mężczyzny (nie)życia Katt.
Hm.
A
kolejny dzień rozbił mnie na tysiąc kawałków.
Naszło
mnie na robienie porządków na komputerze. Na dysku mam zdjęcia od 2007 roku.
To
jest siedem lat uwieczniania mojego (i nie tylko) życia.
Trzeba to kiedyś
posprzątać. Nie lubię tracić pamiątek więc pomyślałam, że dobrym pomysłem jest
zrzucenie tego na google dysk, a przy okazji udostępnię te zdjęcia osobom,
którym je robiłam, niech też sobie powspominają.
To
jednak nie był dobry pomysł. Trafiłam na datę 2009. Wszystko się posypało.
Płakałam jak dziecko. Nie chciałam tego wspominać, samo przyszło. Dobre i złe
rzeczy. Moja i jego wina. Może tak miało / musiało / powinno nie powinno być.
Nie wiem. Nie chciałam dociekać. Bolało, ba!nadal czasem boli myśl o tym.
Wysłałam
te zdjęcia. Nie wiem czemu. Porządek czy po prostu . . . poczucie obowiązku?
Niech je ma. Skasuje, nie skasuje, zobaczy nie zobaczy, wszystko jedno.
Uporządkowałam, choć nie będę tam zaglądać. Tego wieczora się wycierpiałam.
Znów jeden kawałek serca mniej.
Spotkaliśmy się znów z Katt i Radkiem, tym razem w cudnym
Oriental Lounge.
Tam zapaliłam najlepszą na świecie fajkę wodną x2 bo raz to
grzech, wypiłam całkiem niezłe piwo, nagadałam się za wsze czasy i znów
poczułam się spokojna. I powrót do Rybnika, a tam czeka operacja. . .
...
11.02
zabieg we Wrocławiu. Jak się okazało to więzadło wcale nie było tak mało ważne.
Niewiele mogło być z niego uratowane więc lekarz usunął je całkowicie.
Wstawił
Snowowi implant niby nie na stałe, ale jednak odradził wyciąganie.
Z tego co
się dowiedzieliśmy nie może przytyć żeby nie uszkodzić implanta no i ogólnie
rehabilitacja, uważanie na niego, wieczne zabranianie mu szaleć i nic nie
będzie już mógł robić wyczynowo.
Muszę
przyznać, że Klinika Katedry przy Placu Grunwaldzkim jest naprawdę godna
polecenia. Lekarz i pomocnicy pierwsza klasa, miła obsługa, szybka pomoc, wiele
można się od nich dowiedzieć.
Co
prawda skasowali nas na 1000 zł, ale jeśli to ma zmniejszyć cierpienie naszego
psa to nie liczą się żadne pieniądze.
Piesek
przez najbliższe dni cierpiał więc staraliśmy się regularnie trzymać go na
tramalu.
To pomogło i te pierwsze chwile jakoś przeżyliśmy.
Oczywiście nie obyło
się podobnie jak po pierwszej operacji bez nieprzespanych nocy kiedy budziliśmy
się przy każdym nawet najmniejszym jego ruchu.
Jak przy dziecku.
Tylko dziecko
jeszcze coś powie, a psiak cierpi i można to wyczytać jedynie z jego smutnych
oczu.
Do
ER Michał przywiózł mi piękną różę, a w domu ku mojemu zaskoczeniu czekał
uroczy torcik. Naprawdę dawno nie jadłam tak zajebistego ciasta!
Bardzo miła
niespodzianka,
(wiesz co kotki lubią najbardziej: )).
Kolejne
dni spędziłam na czytaniu w rozmiarze XXL i układaniu leniwie kolejnych puzzli
razem z moim M.
Wielkimi
krokami zbliżała się wiosna, a co zaraz za nią idzie lato więc trzeba było
pomyśleć o formie, którą gdzieś po drodze mocno straciłam.
Wiele
przyczyniła się do tego wczesna depresja, która dopadła mnie dwa i pół roku
temu, a o której mogę mówić głośno.
Miałam powody, miałam problemy, sama ze
sobą i przy okazji wokół wszystko się sypało.
Zdrowie moje, zdrowie mojej mamy,
strach, małe załamanie i zatrzymanie w miejscu. Potrzebowałam wtedy wsparcia od
kogoś, kto wydawał mi się wtedy nie tylko przyjacielem, ale kimś wyjątkowym,
kimś jedynym, tak na zawsze.
Całkiem niedawno dowiedziałam się brutalnie, że
było zupełnie inaczej, a ten koszmar, który przechodziłam w tym czasie kiedy
szkoła, zainteresowania i przyszłość obchodziły mnie tyle co zeszłoroczny śnieg
przywalona problemami dużo poważniejszymi, został nazwany nieogranięciem
życiowym. Cóż. Nie wszystkim wiedzie się tak gładko, niektórzy muszą się męczyć
zarówno by przetrwać jak i coś osiągnąć, ale wszystko co osiągnę, wszystko co
udaje mi się już teraz robię własnymi siłami, bez niczyich pleców, znajomości,
ciężką pracą i czuję satysfakcję większą niż Ty kiedykolwiek poczujesz w swoim
życiu.
Bolało.
Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego i jak to możliwe, że po tylu latach można
komuś powiedzieć coś tak strasznego. Jednak. . . jakkolwiek nie wierzyłabym w
głupie powiedzonka: przyjaciół poznaje się w biedzie.
Wiele lat temu
usłyszałam, że poznać prawdziwą miłość można po tym, że taka nie boli.
A to
bolało. Skurwysyńsko bolało. I jak bezdusznym sukinsynem byś nie był takiego
uczucia i tak Ci nie życzę, ale przynajmniej zrozumiałam, że to co Ci
poświęciłam w swoim życiu zmarnowałeś i kiedy przestałeś użalać się nad sobą i
kiedy podniosłeś się z ciężkich chwil jakie odczuwałeś po rozejściu się
rodziców czy wspominaniu nieciekawego dzieciństwa stwierdziłeś, że już nie
jestem użyteczna, ale ja nie jestem zabawką, którą można wyrzucić w kąt.
I
wiele razy biłam się z myślami, wiele razy chciałam porozmawiać, wyjaśnić,
spróbować, naprawiać coś, co jest zniszczone, czego nie da się już naprawić.
Jeśli nadzieja umiera ostatnia to ja już nic nie mam. Wiem tylko, że usłyszałam
setkę obietnic rzuconą na wiatr, że układałam życie pod Ciebie, że perspektywą,
której rzekomo nie mam byłeś Ty.
Nie
sądziłam, że można poczuć się tak złamanym.
Ale podniosłam się bo tacy ludzie jak
Ty zasługują jedynie na zapomnienie. Stają się odbiciem swoich rodziców, tacy
sami, okrutni, którzy nie zasługują na wsparcie i miłość, beznadziejni.
Taki
właśnie stałeś się w moich oczach po tym, co napisałeś do mnie po prawie ośmiu
latach znajomości.
. . .
Po
tych strasznych dniach pełnych wspomnień i nieprzyjemnych słów nastały dni
jeszcze gorsze. Kolejny wyjazd do Wrocławia, kolejna taka sama operacja, tym
razem na drugą łapkę. Kolejna narkoza, kolejny stres, ból, cierpienie.
Gdybym
teraz spotkała kobietę, od której kupiłam tego psa, rozerwałabym ją na strzępy
za rozmnażanie psów genetycznie obciążonych.
Obiecałam
sobie, że zrobię wszystko by jej to uniemożliwić.
Kocham ten czas kiedy wszystko rozkwita i
daje nadzieje po złej gnuśnej zimie.
…
Dziesiątki
bukietów znosiłam do domu, fiołki tak przeze mnie ukochane, kwiaty wiśni,
jabłek i śliwek, kolorowe dzikie bratki, niezapominajki a wkrótce też konwalie.
Dom pachniał wiosną.
Podczas
jednego z tych spacerów znalazłam małego wróbelka, który prawdopodobnie wypadł
z gniazda. Jak to zawsze mówiła mama, ja matka Teresa przygarnęłam maleństwo
pod własne skrzydła i zaniosłam do domu.
Snow średnio był zadowolony, ale ja
dzielnie broniłam kruszynki i uczyłam latać.
Wkrótce podskakiwał, ćwierkał,
siedział mi na dłoni i próbował sam swoich sił.
Tego samego dnia wypuściłam go
na wolność.
Mała rzecz, a cieszy.
Zbliżały
się święta, tym razem dużo wspólnych porządków, wspólne pieczenie mazurka,
babki i bułeczek króliczków do trzeciej w nocy z mamą Michała.
Było bardzo miło,
choć obie już padałyśmy ze zmęczenia, wytrwałyśmy dzielnie a jaka była
satysfakcja kiedy wszystko udekorowałyśmy!
Tego samego dnia znów pojawiłam się w Warszawie.
Babcia
kolejny raz ze złamaną ręką, tym razem drugą. Bardzo się o Nią martwię.
Kruszą
się Jej kości, trzeba ją wysłać do lekarza na jakieś konkretne
badania bo dzieje się coraz gorzej.
Mama
przygotowała w tym roku żurek w chlebku, plus te kolorowe pisanki i piękny (bo
robiony z trudem) mazurek. Miłe święta.
Do
tego było co świętować, choć to wolę przemilczeć jeszcze jakiś czas.
Przyjechała
Ela z Igorem i wspólnie wypiliśmy moje 23 letnie wino.
Tak wiem miałam wypić je
na osiemnastkę, ale czekałam by nabrało mocy.
Do połowy ten wieczór był
naprawdę miły.
Rozmowa się rozkręcała, każdy coś ciekawie opowiadał.
W pewnej
chwili zdania się podzieliły, a jak to bywa w tak wybuchowej rodzinie jak
moja...nagle skończyło się awanturą.
Wszystko byłoby tak jak zawsze gdyby nie
fakt, że skutki tej afery odczuwamy do dziś, mama nie odzywa się z Elą i póki
co nie widać szans na naprawienie tego wszystkiego.
Nie lubię jak nasza i tak
coraz mniejsza rodzina się dzieli.
Całe życie trzymałyśmy się razem, nie chcę
by teraz coś temu przeszkodziło, ale nie mam pojęcia jak mogę pomóc. To
przykre.
Przedostatni
dzień w Warszawie zakończył się udanymi zakupami z Elą i piękną czarną
sukienką. Ostatnie rozmowy z rodzinką i powrót na Śląsk.
Tu
wszystko byłoby dobrze gdyby nie niefortunna impreza ze znajomymi, która
skończyła się konfliktem z policją a co za tym idzie skargami, przesłuchaniami
i takimi tam. Nic poważnego, aczkolwiek denerwującego.
Maj
w porównaniu do kwietnia zaczął się rewelacyjnie. Pierwsze mocniejsze słoneczko
i pierwszy w tym roku grill na działce. Bajka.
Potrzebowałam
się odstresować a to był świetny pomysł.
Potem
miałam trzy ciężkie dni do przełknięcia i po nich kolejna dawka spokoju. W tym
pieczenie truskawkowych ciast i kolejny świetny grill na słoneczku. Szykowały
się kolejne dwa ciężkie dni, pomiędzy nimi jeszcze policyjne przesłuchanie, na
końcu wreszcie mieliśmy udać się do Wrocławia na kontrolę a tu suprajs, w 1/3
drogi samochód odmówił posłuszeństwa a spod maski wydostał się dym. Wizyta się przełożyła, ale tak czy siak do niej doszło. Na szczęście okazało się, że z psiakiem wszystko w porządku. Co prawda łapka będzie go boleć przy przeciążeniu, ale tego niestety już nie zmienimy.
A
teraz. . . przede mną lato.
Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam na relaksujących wczasach dlatego wbrew wszystkim zarezerwowałam pobyt nad morzem.
Odpocznę po dość stresującym roku, zrobię zajebiste zdjęcia, pozwiedzam i zrelaksuję się. Wiem, że będę się dobrze bawić. Nie mogę się doczekać!
Zbliża się czas podjęcia trudnych decyzji.
Wiem już co zrobić ze swoim życiem, teraz wystarczy po to sięgnąć. Wiem, że wiele
się zmieni, ale wiem też, że te zmiany będą na lepsze. Skończył się dla mnie
czas wegetacji i pytań o lepsze jutro. Teraz nadszedł czas by pokazać tym
wszystkim którzy życzyli mi jak najgorzej środkowy palec i wspiąć się wyżej od
nich. A potem spojrzeć w dół i zobaczyć w ich oczach to, co zawsze było
oczywiste: jestem od nich we wszystkim lepsza.
Inni mają marzenia, ja zmieniłam swoje w cele.















Brak mi słów. Tyle wspomnień, tyle bólu i rozgoryczenia a jednak przetrwałaś. Jestem z Ciebie dumna. Zawsze byłam, jestem i będę.
OdpowiedzUsuńKocham Cię, Katt
cieszę się, naprawdę się cieszę , ze Cie mam
OdpowiedzUsuńCześć . Powodzenia w życiu!
OdpowiedzUsuńPs. prowadziłam kiedyś bloga i czytałam też twojego. Teraz zajrzałam na blogger i z ciekawością przyszłam też tutaj. Czytając bloga kiedyś czułam,że jesteśmy podobne. Czułam,jakbyś była mi bliska.
Karol
Bardzo mi miło,
Usuńdużo się zmienia, czasu na pisanie coraz mniej.
Jednak wrócę całkiem niedługo, na dniach :)
Mam sentyment.
Prowadziłaś bloga... masz go jeszcze? :)
Tobie również powodzenia!
I zajrzyj czasem :)