sobota, 11 grudnia 2010

Utrata bliskich.

Nawet nie wiem od czego zacząć. Zabawne, po raz kolejny. Czuję się dziś taka rozsypana. 
Straciłam [?] tracę, już sama nie wiem, dwie osoby w życiu, w jeden dzień, niemalże w tej samej chwili. Mam już tego dość. A miałam się nie przywiązywać, łatwo powiedzieć. Mh... nawet nie mam z kim wyjść na spacer. Ciepły koc, gorąca czekolada i udawać, że mnie nie ma. Tyle na dziś.
Smutno mi. Jak cholera mi smutno. Mam ochotę wytarzać się w śniegu, pobiegać, pooglądać piękne niebo z samego rana. 
Muszę się otrząsnąć, nie mam zielonego pojęcia jak to zrobić. 
11 grudnia, dziś zawody, a ja nie mogę w nich wystartować. Pieprzony kręgosłup! I ta głowa... koszmar.
Nie wiem czy dziś był po prostu taki dzień, czy wszyscy się na mnie uwzięli. Jakieś nieporozumienia, huragany i burze w moim życiu prywatnym. 
I Kamil.. Kamil nic się nie odezwał kolejny dzień... Eh niby nic, a jednak. Znów to robi. Oddaje się w ten głupi wir. Zapomina. Bardzo tego nie lubię.
Z aktualności , trochę weselszych.. cóż umówiłam się na 17.12 z Panem S. na zdjęcia. Portrety. 
Mam nadzieję, że będę zadowolona z efektu. Może się nawet pochwalę. 
I w niedzielę prawdopodobnie spotkam się z Asią. Miło. 
A co później? Znowu to samo, znowu...
Muszę się ponownie zabrać za książkę. No właśnie ... książka. Nie wiem jak teraz będzie. Nie dość, że straciłam motywację, to jeszcze korektora. Cudownie. 
I znowu mi smutno. Setny raz dzisiaj. Każda fala coraz większa.
Jakprzyorgaźmiebezkitu.
Nie. To tak się nie może skończyć. Nie pozwolę po prostu odwrócić mu się na pięcie i iść sobie z mojego życia. Trzeba wyjść temu na przeciw i walczyć. I dać sobie radę.
...
Święta idą. Nie wiem czy się cieszyć czy płakać.

środa, 8 grudnia 2010

Kiepski dzień.

Nie wiem jak nazwać dzisiejszy dzień. Był mieszany. Odkąd wstałam nudny i bezwartościowy. Później na chwilę wyjrzało słońce, bo przyszła Ela z dzieckiem i mogłam odgonić wszystkie czarne myśli, które z całej siły chciały się do mnie dostać i pożreć mi duszę! A kysz!
Ale poszła...a ja znów zostałam ze smętnym kończącym się dniem, który nie zamierzał dziś nic wnieść do mojego życia. Mój humor rozsypany w drobny maczek. Dosłownie. Mam ochotę wziąć walizki i stąd spieprzać.
Jak najszybciej. Jak najdalej. Chcę już święta, mimo wszystko. I czas po świętach, wyjazd... wreszcie, nareszcie.
Nadal kłócę się z Panem M. Nie mam zamiaru , samo jakoś wychodzi.
Poza tym Tomek dziś smutny, wszystko dokoła pojebane...ej...
-.-
I on... `tatuś` . japierdolezaco.
Rozbił mnie na tysiąc drobnych kawałeczków jak stare lustro. Jakby mało mi było na dziś.
Jakby nic nie znaczyło dla mnie, że pewna część mojego serca musiała umrzeć, spłonąć, żeby nie zatruć reszty ciała, pozwolić mu żyć.
Obcy człowiek, a mimo to tak bardzo boli mnie jego obojętność.

I boję się badań. Bardzo się ich boję.
I 9, albo 10 grudnia są mistrzostwa w tańcu, a ja z tym moim starczym kręgosłupem chyba nie dam rady.
-.-'
Coś jeszcze w najbliższym czasie ma zamiar mi się zawalić?


Za czekoladę spełnię 3 życzenia.
!
Ah i dostałam propozycję sesji zdjęciowej. Szczegóły poznam jutro, ale przyda się coś nowego, kolorowego w moim życiu.
Amen.

niedziela, 5 grudnia 2010

Huragan emocji.

Burza emocji. Huragan wręcz. Nie cierpię tego uczucia. Nie mam pojęcia jak się uspokoić, a kolejne fale przychodzą coraz wyższe, mocniejsze, coraz trudniej im uciec. W każdym razie dzisiaj czułam się fatalnie. Od momentu kiedy wstałam nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Miałam nawał obowiązków, a mimo to niewiele zrobiłam. Nic mnie nie zadowala, w niczym nie mogę się odnaleźć. Ciągle czegoś mi brakuje, snuję się jak cień po mieszkaniu. Mam ochotę na długi spacer, ale nic z tego nie wychodzi. Tęsknię do świąt, ale tegoroczne nie będą w komplecie, stąd też trochę mi przykro. Słucham muzyki, oddaję się wspomnieniom, nie są piękne. A muzyka wcale nie koi bólu i tęsknoty. Zastanawiam się ile jeszcze mnie czeka przykrych wrażeń zanim powiem sobie wreszcie z uśmiechem: cholera, jestem naprawdę szczęśliwa. Czy w ogóle kiedyś wypowiem takie zdanie? 
Myślę o ludziach, którzy przewinęli się przez moje życie. Pojawili się na parę sekund, albo zawitali na dłużej , niektórzy zatrzymali się i idą teraz przy mnie, choć niestety są daleko. Ironia. Paradoks.
Wszystko pozytywne i wszystko przerażające zarazem zaczęło się od pierwszej gimnazjum. Do tej pory nie wiem czy zniszczył mnie internat , z dala od domu, w zamknięciu, w tak okrutnym miejscu, o którym czasem wolę nie pamiętać, czy może znajomi, towarzystwo, przez które tak wiele wycierpiałam , utraciłam. Bezpowrotnie. Ale przynajmniej poznałam życie. Krok po kroku ,  od każdej jego strony.
Tam po raz pierwszy otworzyłam się na ludzi, spędzałam ze znajomymi 24 godziny. Pobudka, śniadanie, szkoła, obiad, czas wolny, nauka, spotkania wieczorne, noc. 
Tęsknię za tym momentami jak za niczym innym. Za wieczornym graniem na gitarze i bieganiem po tym pięknym ogrodzie. Za przeskakiwaniem opancerzonej bramy, i uciekaniem przed kamerami, za adrenaliną zbyt późnego powrotu do internatu. Tęsknię za oczami tego jedynego chłopaka ze wszystkich wszystkich , którzy tam byli. Sprawiał , że byłam wesoła cały czas, że wstawałam rano i biegłam na korytarz czekając kiedy przyjdzie, z którym wylewałam na siebie litry wody w lany poniedziałek, z którym grałam całymi godzinami w siatkę..., który pewnego dnia powiedział, że wyjeżdża i już go nie będzie. Tęsknię za uśmiechem przyjaciółki, która sprawiała, że zaczynałam wierzyć w lepszy świat, tęsknię za tymi ognikami figlarnymi w jej oczach, za wygłupami całymi godzinami, za spacerami i kilogramami słodyczy, które przemycałyśmy do pokoi. Tęsknię za znajomymi ze szkolnej ławki, którzy zawsze przeistaczali nudne zajęcia w coś pozytywnego. Za wychowawcami też , mimo, że wielokrotnie płakałam w poduszkę tęskniąc do domu, będąc setki kilometrów od rodziny. Ale wiem, że czegoś to wszystko mnie nauczyło. Teraz.. teraz Ci ludzie porozchodzili się gdzieś daleko jedno od drugiego. Nawet internet nie jest w stanie sprawić, że znów poczuję się przy nich tak dobrze.
Minęły lata, a ja przeprowadziłam się w obce miejsce. Ci znajomi stali się chłodni i obojętni. Nauczyłam się tego samego.
I przestaję powoli wierzyć, że to da się naprawić.
Pojawiła się kolejna przyjaciółka . Teraz to słowo zaczęło nabierać innego , bardziej pozytywnego znaczenia. 
Ale strach przed życiem, tym jak wszystko się potoczy jest chyba ciut silniejszy niż szczęście, które chce przebić się przez mój pancerz. Okropna walka.
Dam radę? Nie mam pojęcia czy dam. Tyle razy mówiłam sobie: deficytowa, szklana, z kamienia..
I co? I nic. Nie jestem.
weak.weak.weak.weak.weak. 
pieprzona bezsilność.

I ta kłótnia dziś. Z panem M. Zupełnie niepotrzebna. Przez którą tak bardzo mi przykro.
Nie chcę żeby tak było. Wszystko się wykrusza. Sypie. Wszystko się psuje. Wszystko to, co chciałabym zatrzymać przy sobie. Zostawić tak jak jest, nieuszkodzone. 
Poznać, pomóc, uśmiechnąć się i poczuć, że wszystko jest w porządku. 

Nagrałeś dla mnie piękną piosenkę. Słucham jej już chyba 7 raz. Nawet pisze mi się lżej. :)
Dziękuję. Bardzo dziękuję.

A teraz wdech i wydech. Już się uspokoiłam.

Wanekon przełożony?! Jak to?! Jak mogli w ogóle?!

piątek, 3 grudnia 2010

Bezsensowne oczekiwanie.

Nienawidzę czekać. Myśleć negatywnie. Odliczać. I wątpić.
Cieszyć się przez chwilę jak idiotka, a w kolejnej minucie czuć tak, jakby cały świat zawalił mi się na głowę. A tak właśnie dziś się czułam. Najpierw szczęśliwa do granic możliwości, a później zawiedziona i rozczarowana.
Poza tym moja głowa...to już jest paraliżujący ból. Przestaję myśleć kiedy zaczyna boleć.

I dostałam Anioła! Najpiękniejszego na świecie!
Ma piękne skrzydła! Jest cudowny ajajjj...
Dziękuję!


Humor dość dziwny. Nie umiem go określić. Ciągle mi czegoś brakuje... szczęścia?
Parę rzeczy wykrusza mi się w życiu, a utrata bardzo boli.

środa, 1 grudnia 2010

Zawód czy kolej rzeczy?

Nie mam pojęcia od czego zacząć. Kolejne bezsensowne wyrzucanie emocji. Wstałam dziś za wcześnie. Może miałabym lepszy humor, gdybym się porządnie wyspała? Nie wiem. Wszystko mnie drażniło. Zmarzłam jak cholera, z racji tego, że musiałam jechać na zakupy. Jest 2.30am, chyba nie powinnam jeść kolacji, ale zapomniałam z tego wszystkiego i teraz mam jeszcze gorszy humor niż wcześniej.
A czemu się popsuł? Miałam w miarę dobry, cóż. Pewien Pan niestety nie jest dla mnie zbyt miły. Tak Tomku mówię o Tobie. Bardzo bardzo bardzo się na Tobie zawiodłam. Dlatego muszę parę spraw przemyśleć.
Amen.
Z drugiej strony nic mnie dzisiaj nie cieszyło. Miałam ochotę na taniec, ale niestety spotkała mnie przykra niespodzianka. Z racji tego, że mam 'uszkodzony' kręgosłup nie mogłam ćwiczyć. Mało przyjemne kiedy przy każdym kolejnym kroku zaciskam zęby z bólu. Mam tylko nadzieję, że lekarze szybko się z tym uporają, bo to męczące na dłuższą metę. Ah i błagam, nie chcę więcej pola magnetycznego, to takie nieprzyjemne...
...
Nie mam na nic siły. Siedziałam dzisiaj przy AS i próbowałam nagrać 'Mask' . I co? I nie podoba mi się barwa głosu jaka przeszła przez mikrofon. Fatalne ustawienia. A Kasia... Kasia właśnie, może by tak popracowała nad muzyką, więcej da się wtedy zdziałać.
Nagrałam za to cover Cranberries. I jestem z niego zadowolona.
Tęsknię za rozmową z kimś, kto stara się mnie zrozumieć, tęsknię za bieganiem po łące i łapaniem motyli. A teraz? Teraz jest zima, chciałabym położyć się na śniegu i robić aniołki...
Spacer z Panem R. nie doszedł do skutku. Teraz nie wiem, czy chciałam , czy nie... W każdym bądź razie czuję pewnego rodzaju ulgę.
Za to przykro mi, że Pan M. jest smutny, ciągle.. i że nie potrafię pomóc, przywołać uśmiechu na jego twarz...
Ale na pewno kiedyś mi się uda!
Z Panem K. ... miałam się spotkać, ale... ale no właśnie, wszystko jest ważniejsze, niż spotkanie .
Cóż. Studia. Praca. Studia. Praca. A może jednak znajdzie dla mnie czas?
-.-
I Łaciata się rozchorowała. Jeszcze mi tego brakowało tylko ...

Ahh... i niespodziankę dostałam! Dziękuję!!