Jak można pogodzić się z czymś, czego nie można wybaczyć?
Co dusi tak mocno, że nie sposób zapomnieć?
Odbiera siły i radość... i stajesz się tak kurewsko wyjałowiony w środku.
I mijają lata. Nie rok, czy dwa... mija ich kilkanaście, a Ty nadal masz wyrwę w sercu, drzazgę, która nie ruszyła się nawet na milimetr. Wszystko dokoła niej zgniło i zczerniało i każda próba ruszenia tego do przodu kończy się bolesną porażką.
Nie można się wyłączyć i po prostu zacząć żyć swoim, nowym życiem.
To ciągle jest za nami i ciągle do nas wraca.
Spowalnia, wyciąga łapę po nasze nogi i wlecze jak psa znowu na start.
Nienawidzę Cię. Nienawidzę Cię z całego mojego serca.
Nigdy, przenigdy Ci nie wybaczę. Nawet w moim/Twoim ostatnim dniu tutaj będę czuła jak dalej gnije moje serce. Będę pamiętała każdą krzywdę jaką mi/ nam wyrządziłeś i jak odciąłeś się od wszystkiego wpadając w nowym życiu w to samo bagno. Z tym wyjątkiem, że potrafiłeś je zaakceptować a ja...ja byłam tą, która musiała to udźwignąć.
Z każdym kolejnym dniem boli mocniej. Więcej niezrozumienia i chęci poznania tej jednej odpowiedzi. Nie wiem już nawet czy jest sens pytać.
Jesteś dla mnie tak obcy... a czasem przychodzą chwile kiedy czuję silną potrzebę bez słowa Cię przytulić, poczuć ciepło jakiego nie będzie nigdy potrafił dać mi żaden inny mężczyzna.
I za to, nienawidzę Cię jeszcze bardziej, tym samym trudniej mi zaakceptować samą siebie....
Te wszystkie przepłakane noce, KAŻDA łza... to wszystko przez Ciebie.
Oddałabym wszystko, żeby całą swoją gorycz, każdy ból, każda jedną noc kiedy byłam w piekle przelać na Ciebie.
Największym szczęściem dla mnie jest Twoje cierpienie w stopniu idealnie proporcjonalnym do mojego.